Bezpłatna prezentacja PECS dla rodziców i terapeutów KTA Białystok

4-ego czerwca , czyli najbliższy poniedziałek o
godz. 17 w siedzibie KTA na ul. Pułaskiego odbędzie się bezpłatna
prezentacja PECS (metody – komunikacji za pomocą wymiany obrazka).
Prezentacje poprowadzi główny specjalista PECS w Polsce, pani Magda
Kaźmierczak. Jest to metoda szeroko stosowana na świecie dla dzieci
autystycznych, mających problemy z komunikacją (również dzieci
mówiących, ale u których mowa jest w jakimś stopniu zaburzona).

Polecam wszystkim rodzicom należącym do KTA. Jeśli jesteś rodzicem, którego dziecko uczęszcza na zajęcia w KTA, tym
bardziej warto przyjść.

Osoby nienależące do KTA, które chciałyby obejrzeć prezentację, również mogą przyjść. Upewniłam się – jest zgoda Dyrekcji i prowadzącej.

Zdjęcia z delfinów

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim, którzy pomogli nam zrealizować ten wyjazd przekazując 1% podatku lub darowiznę na terapię Jędrka.
Muzyczkę z fotoalbumu (jakby komuś przeszkadzała) można wyłączyć w prawym-górnym rogu klikając na ikonkę pauzy.

Bezpośredni link do galerii zdjęć:
http://jedrek-delfiny-2012.dl.pl

Uwaga, rodzice autystów i terapeuci z Białegostoku i okolic

23-24 czerwca 2012 w Białymstoku ma się odbyć szkolenie z PECS – kurs podstawowy. Cena promocyjna, być może po raz ostatni. Więc jeśli ktoś z Was ma autystę niekomunikującego się (niemówiącego lub mówiącego w sposób niefunkcjonalny, tzn. który mówi, ale porozumieć się z nim trudno), to ja Was goraco zachęcam do zastanowienia się, czy nie byłoby warto wprowadzić mu PECS (system komunikacji za pomocą wymiany obrazka; tak w skrócie, bo to jest dużo bardziej skomplikowane, niż by się z pozoru wydawało, do tego jest cała filozofia, to jest pięknie poukładane, co kiedy i jak). A gdyby ktoś z Was coś takiego rozważał, to naprawdę warto iść na szkolenie. Prowadzi je pani Magda Kaźmierczak, jedyny certyfikowany przedstawiciel tej metody w Polsce.

PECS jest systemem szeroko przyjętym na świecie dla autystów. U nas w Białymstoku też coraz więcej środowisk – ośrodków dla autystów się do tego przekonuje i pracuje tą metodą. 
Cena tego szkolenia jest wyjątkowa. Powtarzam, być może po raz ostatni. Tak, że zachęcam. Więcej informacji udziela pan Andrzej Cwaliński. Kontakt tel. 506 006 126 lub biuro@rewalidant.pl. Można też pytać mnie: deszczowa_mama@onet.pl choć ja Wam mogę powiedzieć tylko coś jako rodzic, który sam był na takim szkoleniu. Po bardziej profesjonalne informacje trzeba i tak zwrócić się do pana Andrzeja.
Ponadto, ponadto, uwaga, uwaga..
PECS bazuje na stosowanej analizie zachowania, powszechnie zwanej terapią behawioralną. Z tym, że na nowszym nurcie, funkcjonalnym, takim z jakim spotkałam się na szkoleniach w Warszawie prowadzonych przez Gary Lavigna czy Andy Bondy i Lori Frost. Wiem, że u nas jest dużo osób, które przeszły już rozmaite szkolenia czy nawet studia ABA. Ale tu chodzi o coś troszkę innego, nowsze bardziej funkcjonalne-życiowe podejście.
Dlatego mnie osobiście bardzo zależy na szkoleniu : Funkcjonalne podejście do Stosowanej Analizy Zachowania – Podejście Pyramid
Gdyby znalazła się grupka zainteresowanych osób, to może udałoby się zorganizować takie szkolenie w promocyjnej cenie. Bardzo więc proszę zainteresowanych o zgłaszanie się do pana Andrzeja lub do mnie.

Powoli do przodu

Jędruś coraz fajniej radzi sobie z PECS’ami. Tzn. sytuacja na dziś wygląda tak, że Jędrek ma w swojej książce 2 strony z PECS’ami, ok. 15 obrazków. Jest na III fazie, czyli na etapie różnicowania obrazków. Gdy ma podane dwa na książce (czyli na wierzchu, na okładce), to raczej nie ma z tym problemu, ale gdy wybór jest szerszy bywa różnie. Niemniej coraz częściej Jędrek w realnych sytuacjach otwiera książkę, szuka właściwego obrazka, wybiera go i podaje. Takie piękne sceny odbywają się np. na szkolnej stołówce, gdzie Jędrek PECS’em prosi panie kucharki o jedzenie i picie. Wczorajsza akcja była dla nas osobiście zapierająca dech w piersiach. Ja słyszałam ją tylko z opowieści Andrzeja, ale i tak byłam pod wrażeniem. Otóż Jędrek zjadł zupę, sam bez sugerowania odniósł swój talerz, po czym stanął w kolejce po drugie danie i dał pani PECS’a : jeść. A potem to samo zrobił z kompocikiem: pić (i to dwukrotnie!). Andrzej mu tylko w którymś momencie zasugerował, gdy Jędrek machał do niego ręką, że chce pić, że przecież ma książkę, więc niech sobie radzi. Piękne jest również to, że panie kucharki są już odpowiednio „wyćwiczone”. Gdy Jędrek podchodzi do okienka i sygnalizuje, że coś chce, pani wyciąga rękę po PECS’a:)
Dziś w domu miałam też dwie piękne sceny z Jędrkiem, gdzie wybrał mi sam z całej strony właściwy obrazek. Raz chodziło o picie, drugi raz o otworzenie drzwi. I o ile picie ma solidnie przećwiczone, o tyle z tym otworzeniem drzwi – niekoniecznie. Wybrał ze strony, na której było 11 obrazków i zrobił to powoli i świadomie – po prostu widziałam, jak spokojnie szukał właśnie tego obrazka. A z piciem fantastyczne było to, że pociągnął mnie do kuchni za rękę i tam nie wziął za szklankę, jak ma w zwyczaju, tylko od razu skierował się do książki (która była akurat w kuchni) i podał mi PECS’a : pić.
Oczywiście nie zawsze tak jest. Czasem Jędrek się zacina. Ale dziś naprawdę fajnie i świadomie używał PECS’ów.

Z serca polecam szkolenia PECS

  • Jak rozwijać komunikację funkcjonalną i mowę u dzieci? Mówi… ale czy się komunikuje?
  • Co najpierw? Redukowanie zachowań trudnych czy rozwijanie komunikacji funkcjonalnej?
  • Jak skutecznie rozwijać każdą nową umiejętnosć u dzieci autystycznych?


„Tu nie chodzi tylko o obrazki, tu chodzi o całą filozofię uczenia”

uczestnik Szkolenia Podstawowego PECS


OFERTA SPECJALNA


Na wszystkie szkolenia organizowane przez Pyramid Polska drugi rodzic wstęp wolny.


Aby uzyskać więcej informacji, zadzwoń (95) 71 411 09, napisz marek@pecs.com lub odwiedź naszą stronę www.pecs.com

Jeśli to nie jest PECS… to są to tylko obrazki!

Plan zajęć Jędrka w kwietniu 2012

Oj, kwiecień mieliśmy obfity aż za
bardzo. I w zajęcia i w emocje.

Pierwszy tydzień przedświąteczny
spędziliśmy na turnusie rehabilitacyjnym w Czarnym Lesie.

Potem dwa tygodnie w domu i w szkole
(gdzie Jędrek miał całkiem sporo zajęć).

I końcówka kwietnia wyjazd na turnus
z delfinami do Turcji.

W sumie Jędrek miał:

na turnusie w Czarnym Lesie:

  • 10 zajęć edukacyjnych z Anetą
  • 7 zajęć logopedycznych lub
    fizjoterapeutycznych z Szymonem
  • 3 zajęcia fizjoterpaeutyczne z
    Agnieszką
  • 15 zajęć (po 25 min) z Sylwią lub
    nową terapeutką Dorotą
  • 1 basen
  • 1 konie
  • 2 Weronika Sherborne
  • 1 zajęcia relaksacyjne
  • 1 koncert

W szkole miał:

  • 21 lekcji edukacyjnych lub
    rewalidacyjnych (7 z panią Agnieszka, 14 z panią Izą)
  • 2 lekcje z komunikacji alternatywnej
  • 2 lekcje angielskiego
  • 2 lekcje religii (z klasą)
  • 2 lekcje w-f (z klasą)
  • 1 lekcję informatyki (z klasą)

Czyli 25 lekcji indywidualnych i 5
grupowych. Przez te dwa tygodnie dużo się działo. Przede wszystkim
zaszla poważna zmiana – Jędrek ma teraz wszystkie lekcje edukacji
i rewalidacji z panią Izą.

Po lekcjach w czasie tego naszego 2
tygodniowego pobytu w domu (między turnusami) miał:

  • 7 zajęć na basenie ze Startu
  • 3 zajecia z panem Andrzejem (PECS) i
    one były dla nas najistotniejsze
  • 2 zajęcia z SI (Razem możemy więcej)
  • 1 zajęcia z pedagogiem z komunikacji
    alternatywnej (Razem możemy więcej)
  • 2 zajecia grupowe z artterapii w KTA
  • 2 zajęcia logopedyczne (Agmet)
  • 1 zajęcia diagnostyczne z psychologiem
    na Leszczynowej

Na turnusie z delfinami miał w
kwietniu:

  • 4 sesje z delfinami
  • codzienne przez 5 ostatnich dni
    kwietnia kąpiele w basenach (w sumie po 2-3 godziny dziennie)
  • jakieś zajęcia grupowe (ale w Jędrka
    przypadku średnio udane bo na otwartej przestrzeni Jędrek był mało
    strerowalny, nie do opanowania)

Oczywiście delfiny były największym
przeżyciem.

Wróciliśmy

No i po delfinach. Wróciliśmy.
Ostatnie dni były dobre. Jak już
sobie uzmysłowiliśmy, że za Jędrkiem musimy ganiać non-stop,
zważać na jego humory, na to, żeby się nie nudził, a jednocześnie
nie miał nadmiaru bodźców (praktycznie niemożliwe to było),
jak już pogodziliśmy się z tym, że co jakiś czas będzie wybuch w
postaci agresji i że my to po prostu musimy jakoś przetrwać
(głównie Andrzej brał to wszystko na klatę), to było lepiej.

Dzień przed wyjazdem Jędrek pokazał
mi na autobus przed hotelem, że chce jechać. Najwyraźniej chciał
wracać do domu. Środa – dzień powrotu był trudny, dla nas
wszystkich, a co dopiero dla Jędrka. Jechaliśmy cały boży dzień.
Najpierw czekanie na autobus i ze trzy godziny jazdy na lotnisko,
potem ze trzy godziny czekania na lotnisku (i to było najgorsze),
potem prawie trzy godziny w samolocie-kurniku. W sumie to
dobrze, że te dzieciaki tak beczały, to Jędrek mniej się rzucał w
oczy i uszy. Bo miał trudne momenty. Andrzej to wziął na siebie, ale
lekko nie było. Jędrek uspokoił się bardziej, jak przesadziliśmy go pod
okno a ja usiadłam obok niego, zaczął uważnie wyglądać przez
okno a potem się ze mną bawić. Na lotnisku w Warszawie był już
wyczerpany, ale w busie wiozącym nas na parking, było już dobrze.
Chyba czuł, że już zaraz za chwilę znajdzie się w swoim
bezpiecznym, znanym mu samochodzie, który zawiezie go do domu. W
samochodzie było już całkiem dobrze, chłopcy się pospali (ci młodsi,
starszy dzielnie prowadził). O 23 dotarliśmy pod blok,
wprowadziłam takiego na pół uśpionego Jędrka do domu (trzecie
piętro) i położyłam do łóżka. Rozbudził się i zaczął się
mocno śmiać. Najwyraźniej bardzo się cieszył, że wrócił do domu:)
Rano na nowo szukał miejsca w domu, na
nowo musieliśmy też stawiać granice (że jedzenie przy stole, że
rwanie książek tylko w jednym miejscu).
Rwanie książek było (i dalej jest) na
całego. Trochę się boję że jak skoczy rwać swoje, to będzie
szukał kolejnych (Piotrka, moich?). Stąd moja prośba – jakby
ktoś miał, stare podniszczone książki dla dzieci, niepotrzebne mu
– to ja się mocno o nie uśmiecham. Przyjmę z wdzięcznością w każdych ilościach (i pomyśleć, że jakiś czas temu kilka reklamówek
książek oddalam; ech ironio losu;)
No więc adoptujemy się na nowo do
naszej codzienności. Bałam się, jak będzie w szkole. Na szczęście
wczoraj Jędrek miał tylko 2 lekcje i było dobrze.
A po południu pojechał na basen z
panią Haliną. I było dobrze!!!! Po raz pierwszy pojechał na basen nie
z nami (parę razy wcześniej już jechał z panią Haliną samochodem,
ale na basen tylko z panią Haliną jechał po raz pierwszy).

Jestem bardzo wdzięczna wszystkim,
którzy nam pomagają. Bo my nie wyrabiamy. Wczoraj np. Andrzej
pracował, ja pomagałam Piotrkowi uporać się z zaległymi lekcjami.

Dziś zmiana planu, Jędrek ma 5 lekcji
na rano. Mogłam więc rozpakować się, posprzątać, poprać i jeszcze
mam chwilę na notatkę. Oczywiście pod skórą mam niepokój, jak on
dziś tam da radę przez 5 godzin w szkole. Ale mam nadzieję, że pani
Iza, która stara się Jędrka uczyć przez zabawę,
da radę. Wczoraj rwali gazety i bawili się w
robienie z nich kulek – piłek i rzucanie w siebie. Jędrkowi się to
szalenie podobało. Stąd może zwiększona ochota na rwanie książek w
domu. Po prostu chłopak pilnie odrabia pracę domową;)

To oczywiście żart. Pasa rwalnicza jest
w nim ostatnio bardzo silna. Również na podwórku rwie różne trawki, gałązki. Widać ma teraz taką potrzebę.

A zdjęcia i filmiki z delfinów będą na pewno. Tylko dajcie Andrzejowi trochę czasu.

Co dobrego

Mimo wielu chwil strasznych i trudnych (procentowo nie było ich wcale tak wiele; tyle, że ja je później przeżywałam przez znacznie dłuższy okres) ten wyjazd (który już się niestety pojutrze kończy) był udany i oprócz bolesnych doświadczeń i wielu tragicznych refleksji przyniósł nam też wiele dobrego. Postanowiłam wypisać tu, co mi dobrego przyjdzie do głowy:
- Jędrula pięknie reagował na delfinoterapii. Na 10 sesji tylko jedna była mało udana (ale takie też Jędrka prawo, że nie zawsze musi chcieć). Więc to jest nasz wielki sukces i wielka radość. Jędrek bardzo szybko w to wszedł i widać było, że to lubi, że to mu sprawia przyjemność. Cudnie bo przecież byliśmy pełni obaw, że może z tego nic nie być.
- dziś całą rodziną byliśmy w drugiej części sesji w basenie z delfinem. I dotykałam-głaskałam delfina (ale miękki:), i całowałam się z nim (poważnie:) i płynęłam z delfinem trzymając go za płetwy. Fajnie było.
- kupiłam sobie na bazarze sukienkę i szarawary. A jak się przy tym dzielnie targowałam. Normalnie sama z siebie byłam dumna, że jestem taka  „do przodu”, taka wygadana i odważna. Nie znałam siebie z tej strony. Niezłą miałam zabawę. A zakupy też mi się podobają.
- zaczęłam uczuć się nurkować. No, nurkować to oczywiście za dużo powiedziane. Chodzi raczej o trzymanie głowy pod wodą przez kilkanaście sekund. Zawsze zazdrościłam tego chłopakom (tym bardziej, że Jędrek bardzo lubi patrzeć się komuś w oczy pod wodą, fajny kontakt wtedy łapie). Więc trochę dla niego, trochę dla siebie się przełamałam. I zamierzam ćwiczyć dalej. Bo już trochę umiem kontrolować nos.
- nauczyłam się pisać na laptopie bez zewnętrznej myszki (którą Jędrek zalał nam wodą i przestała działać) – bardzo dobra umiejętność (pisanie bez myszki, nie zalewanie jej wodą)
- byłam parę razy w saunie i nawet sprawiało mi to przyjemność (a zawsze twierdziłam, że tego nie znoszę)
- zjadłam tu masę pyszności (i niech mi nikt nie waży się wytykać kolejnych zbędnych kilogramów;)
- pływałam w basenie, który bardzo lubiłam (fajne widoki, gdy się pływało na plecach)
- słuchałam muzyki i przynosiła mi ukojenie
- miałam okazję pokomunikować się po angielsku i… po rosyjsku! :)
- było całkiem fajne. Zostaję tu na kolejne dwa tygodnie;)
Egoistycznie pisałam głównie o sobie. Chłopaki też mieli swoje przyjemności. Każdy.

Piotrek: kupił sobie psikawkę na wodę i dwa małe delfinki na pamiątkę; podobało mu się na pokazie sztuczek fok i delfinów; dzisiaj z delfinami w wodzie też - również pływał z delfinem; miał hamburgery, kebaby i inne dobre jedzenie; siłownię, basen, zjeżdżalnię, kręgle, drinki (bezalkoholowe) w barze i granie na komputerze (namiętnie gra w jakąś farmę i śmiejemy się, że codziennie musi wydoić krowy).

Jędrek lubił następujące miejsca lub czynności: delfinoterapię, lody, budkę z popcornem (gdzie kupował lizaki a tak przed nią tańczył i czarował, że dziś pan sprzedał nam lizaka w promocyjnej cenie za 1 dolca, a nie 1 euro), namiętne przyglądanie się czemuś w sklepiku w delfinarium; salon gier, kącik zabaw dla dzieci, trampolinę, wesołe miasteczko, zjeżdżalnię, statek piracki, baseny, mostek i rwanie roślinek (chyba najsilniejsze Jędrkowe wzmocnienie tu), jadalnię (dobre jedzenie i bardzo szeroki wybór), kawiarnię z biblioteką, gdzie Jędrek namiętnie oglądał stoły, bar, windy, wielki okrągły hol przy recepcji, samochody przed hotelem, jeżdżenie dolmuszami (czyli tutejszymi autobusami), picie soczków z lodówki, tańce na balkonie; skakanie i wylegiwanie się na łóżku, bawienie się ubraniami (zwłaszcza zielonymi bluzkami! po raz pierwszy się zdarzyło by Jędrek się upierał, że chce założyć jakaś konkretną bluzkę) oraz zabawy i harce z rodzicami i z bratem.

Mam wrażenie, że Jędrek jakby lepiej, odważniej i bardziej zdecydowanie okazywał swoją wolę, że on chce decydować o sobie i wybierać. I że to wybieranie mu lepiej wychodzi (jeszcze jakieś czas temu miałam wrażenie, że wybieranie często go przerastało). Mam też wrażenie, że łatwiej i chyba bardziej adekwatnie odpowiada na pytania typu: tak-nie.

Co dobrego było dla Andrzeja, to już niech on sam napisze.

Andrzej: mimo wielu stresujących sytuacji miał też trochę świętego spokoju, dużo kawy, powietrza, wody i słońca („oprócz błękitnego nieba, nic mu dzisiaj nie potrzeba”), miał też frajdę z zajęć z delfinami, fajną wycieczkę do Alanyi i dużo czasu, który mógł spędzić aktywnie z rodziną, coś co wykraczało za schemat czynności związanych z Jędrka codziennością; t.j. szkołą i terapią. Coś innego jak: przywieź, zawieź, zaopiekuj się. Pozdrawiam – tata Muminków.

Wyjaśniam

Ludzie, czy ja muszę napisać, że zamierzam skoczyć z czwartego piętra z balkonu, żebyście mnie tak tłumnie „pocieszali” i próbowali doprowadzić do porządku?;) Bez tego – cisza. A tak proszę, przynajmniej wiem, że ktoś czyta moje S.O.S. ;)
Dobra, jestem już w lepszej formie i myślę, że należy Wam się parę słów wyjaśnienia. Skąd te moje dołujące notatki itd.
Otóż po pierwsze, jakby ktoś mnie nie znał lepiej, to od razu wyjaśnię. Ja mam taką naturę. Z natury nie jestem ani dzielna, ani wesoła, ani optymistyczna. Jestem nerwowa, depresyjna, rozchwiana emocjonalnie. Już w przedszkolu pani mnie podsumowała słowami: „dziecko o zmiennych nastrojach”. I tak ze mną jest. Od wczesnych lat młodzieńczych do dość późnych lat młodzieńczych co nie raz miewałam myśli samobójcze (które wybiłam sobie z głowy po urodzeniu pierwszego syna, ale które ostatnio niestety z lekka wróciły). Tak, jak to już wcześniej gdzieś napisałam, ja bardzo głęboko przeżywam pewne smutki i cierpienia. Jestem na to szczególnie wrażliwa. I choć mi skóra zgrubiała na pewne rzeczy, to na ból i cierpienie mojego dziecka – nie. Więc, gdy moje dziecko się miota jak dzikie zwierzę i widzę, że jest z nim coraz gorzej, a ja jestem bezsilna w swej głupocie i nieumiejętności, to cierpię strasznie. I to nie o to chodzi, że ja się nad sobą rozczulam. Nigdy nie miałam myśli typu, czemu Bóg mi dał takie dziecko. Jeśli już, to czemu Bóg pozwala na to by moje ukochane dziecko tak cierpiało a ja nie potrafiłabym mu pomóc. Ja, gdy słyszę, jak Jędrek „muka” (czyli ani płacze, ani krzyczy, tylko wydaje takie odgłosy świadczące o tym, że mu źle), to już nie mogę o niczym innym myśleć, cała jestem skupiona na tym, ze jemu jest źle. A co dopiero jak widzę, że moje dziecko jest w szale. Bardzo źle to znoszę emocjonalnie.
Poza tym jestem racjonalna i … pesymistyczna. Ostatnia nieudana próba kontrolowania Jędrka zachowań uświadomiła mi parę ważnych rzeczy. Przede wszystkim, że popełniliśmy szereg nieodwracalnych błędów w Jędrka terapii. Bardzo poważnych błędów, warunkujących go mocno, błędów, które zostawiły mocny ślad na jego psychice. Myśmy go po prostu skrzywdzili (temat ten poruszę w osobnej notatce, jak będę na nią gotowa). A ostatnia próba kontrolowania Jędrka zachowań, to też był nasz wielki błąd. Stąd moje wnioski, jak ktoś głupi się zabiera za takie rzeczy, to tylko krzywdy narobi dziecku i sobie i lepiej, żeby już nic nie robił. Próbowaliśmy Jędrka ustawiać na siłę. A jego trzeba przede wszystkim zrozumieć i bardzo ostrożnie próbować sterować jego zachowaniem.
Oczywiście nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło (ale czy koniecznie takim kosztem?). Ostatnie doświadczenia uświadomiły mi namacalnie na naszej skórze, że:
- z Jędrkiem nie można na siłę (bo to powoduje tylko narastanie agresji do rozmiarów nie do opanowania), że trzeba mu przemycać różne rzeczy zabawą, delikatnie i chytrze (ależ on jest wyczulony na wymuszanie!)
- Jędrek kocha schematy. Sam je sobie znajduje, ale jeśli umiejętnie mu podamy nasze, to też w nie wejdzie. I jeśli mu zabierzemy jego schematy (a taki wyjazd, zmiana otoczenia i „zwyczajów”, to jest właśnie pozbawienie Jędrka jego schematów), to to jest sytuacja baaardzo dla niego stresująca i on musi sobie znaleźć nowe schematy, by poczuć się bezpiecznie
- Jędrek sam cudownie sobie wynajduje wzmocnienia (czyli coś co lubi) i też trzeba być czujnym by zbyt gwałtownie go tego nie pozbawiać. Fajnie by było umieć to kontrolować, ale nie jest to takie proste.
- że Jędrek potrzebuje mieć usystematyzowany dzień. Dzień przewidywalny.
- że trzeba rozwijać z nim komunikację alternatywną (PECS) oraz zadbać o dobrą integrację sensoryczną
- że Jędrka przytłacza nadmiar bodźców i do awantury może dojść nie tylko pod wpływem nieprzyjemnych dla niego sytuacji, ale i nadmiaru przyjemnych
To są rzeczy ogólnie znane. Ja Ameryki nie odkryłam. Ale ja tą Amerykę odkryłam na naszym przykładzie. Że to nie teoria, że tak jest. Myśmy chcieli na siłę zrobić z Jędrka „normalne” dziecko. On jest autystą i trzeba to uszanować. Trzeba mu pomóc żyć, a nie próbować przerobić na swoje kopyto (bo się nie da). I trzeba zaakceptować różne jego dziwactwa (typu rwanie roślinek na mostku) bo jak mu zabronimy jednego, to znajdzie sobie drugie (może gorsze), a jak mu wszystkiego zabronimy, to eksploduje.
Odkąd to sobie uświadomiłam kilka dni temu (przedwczoraj?), jest lepiej. Podążamy za Jędrkiem. Pozwalając mu na jego sposób na życie. Przyjechał tu chłopak, został zbombardowany rożnego rodzaju bodźcami i na każdym kroku słyszał od nas: nie. I to my wybieraliśmy, co on ma robić. A on też chciał. Więc teraz albo wybiera, albo pertraktujemy.  Na razie wygląda to tak, że Jędrek biega (a matka lub ojciec suną za nim;)  Aż  w pewnym monecie matka mówi np: Jędrek, idziemy tam i tam. Jędrek na to: nie. A ja na to: Jędrek łaziłam za Tobą, gdzie chciałeś. Teraz Twoja kolej, idziesz, gdzie ja potrzebuje. I Jędrek idzie. Dobry dzieciak:)
Bo Jędruś jest dobry i kochany. Ale łatwy w obsłudze nie jest. I mnie przeraża to, że my nie umiemy temu sprostać. Bo Jędrka ataki są przecież spowodowane naszą nieumiejętnością pomożenia mu. Tak, wiem, nobody is perfect, tyle, że za moje partactwo, głupotę i brak wiedzy płaci Jędrek i Piotrek. I to mnie boli, jak jasna cholera.
Ale już się z lekka podniosłam. Chwilowo. Do kolejnego dołku. I pliiiz, pozwólcie mi na moje dołki. Nie komentujcie, żem mazgaj i że o dzieciach nie myślę (starszym, młodszym). Ja nic innego nie robię, tylko myślę. I z tego myślenia, to mi czasem głupoty wychodzą. Mnie czasem brak elementarnego prostego myślenia, na chłopski rozum i matczyne serce (mówię tu o wyborze terapii, ilości zajęć itd). Pozwólcie mi mieć swoje chwile słabości i nawet o nich pisać. Ja wiem, że to nic miłego, ale ja tego potrzebuję, by móc odbić się od dna. I jeśli ktoś czyta mojego bloga, żeby czerpać inspirację, albo sił nabrać, to … sorry, ale chyba pomylił adres. Albo niech czyta notatki Andrzeja (on jest silniejszy emocjonalnie. No i jest optymistą:) Choć w domu strasznie marudny, powiem Wam w sekrecie;) A ja nie zamierzam być dla nikogo ani przykładem (brrr, broń Was, Panie Boże od takiego wzoru), ani pocieszaczem. Ja mogę dosmucić, jakby ktoś potrzebował. Jak w Kabarecie Starszych Panów:) Dobranoc, Państwu. Piszę na blogu bardziej po to by sobie pomóc (gdzieś te myśli, emocje wylać), niż Wam. Jestem podła egoistka i już. Więc, jak chcecie mnie czytać, to w całości, a nie takie tam, że tylko jak się będę uśmiechać i strugać dzielną dziewczynkę.
A co do udania się o pomoc do specjalisty. Od roku chodzę do psychologa. Miałyśmy na tych spotkaniach mówić głównie o mnie, a mówię na nich głównie o Jędrku (sytuacja w szkole dała nam nieźle w kość). I któregoś razu spytałam moją panią psycholog, czy ona nie uważa, że może mogłabym udać się do psychiatry po jakieś tabletki bo już nie daję rady. Ale usłyszałam,że na to, co mi dolega nie dostanę tabletek. Bo moje cierpienie jest racjonalne. Ja mam powody, żeby cierpieć, czuć to, co czuję. Fachowiec mi to powiedział, więc nie negujcie;)
Mimo wszystko dziękuję Wam za wszelkie rady, słowa pocieszenia, uznania, przywoływanie do pionu itd. Niektóre mnie drażniły, niektóre rozczulały – takie moje prawo. Za wszystkie dziękuję bo świadczą o Waszej trosce.

Ok, dorwałem się do laptopa

Sam zastanawiam się, skąd aż tyle pesymizmu w notatkach żony. Fakt, łatwo nie jest. Bywają chwile mega trudne, gdzie psychicznie nie wyrabiamy. Ale jest także wiele chwil pozytywnych, dobrych, z których każda nas bardzo cieszy. Wykombinowałem sobie tak. Jak jest dobrze to zazwyczaj nie mamy czasu pisać, jak jest bardzo źle, to zazwyczaj jako ostatnią deskę ratunku rzuca się ojca (na pożarcie lwom :) by z młodym poszedł sobie w diabły i dał trochę mamie psychicznie odpocząć. A że mama próżnować nie lubi to wtedy takie notatki pisze. Wiele się już nauczyliśmy na tym wyjeździe. Co Jędrka uspokaja, co irytuje. Jakie w nowym środowisku znalazł sobie wzmocnienia, jakie rytuały. Wiemy już, że żelaznym punktem programu każdego dnia musi być obchód niemałego notabene hotelu i sprawdzenie czy budki z lodami są już na swoim miejscu. Nie szkodzi, że zamknięte bo lody są tylko w określonej porze dnia dostępne w dwóch miejscach, w godzinach 14:30-15:30 i w drugim: 15:30-16-30. Bardzo nas takie rozwiązanie cieszy, bo porządkuje Jędrkowi plan dnia i sprawia, że możemy go uczyć czekania na określoną porę („Zobacz, teraz zamknięte, potem będą lody”) i czekania w kolejce; choć zdarzyło się dwukrotnie, że Jędrek mimo wszystko się wyrwał i coś tam sobie utargował, ale nie złością a raczej specyficznym tańcem przed budką z lodami, z przewieszoną książeczką od PECS, tak że nie sposób go nie zauważyć.
Wczoraj po południu trochę przedobrzyliśmy. Jędrek był z nami na pobliskim bazarku na zakupach. Folklor, ale i dużo zamieszania, głosów, ludzi – dla autysty zdecydowanie za dużo bodźców. W którymś momencie zezłościł się i pokazał, że już ma dosyć. Ten atak był jednak trochę inny od pozostałych, bo Jędrek nie rozpędził się, a tylko jak wyszliśmy spomiędzy straganów na otwartą przestrzeń zaraz się uspokoił. Potem pochodził z nami już grzecznie jeszcze parę chwil i powiedzieliśmy mu, że jak będzie dzielny to dostanie nagrodę. Zadziałało – kupiliśmy mu ekstra lody tego dnia i poszliśmy do miejskiego parku chwilę się z nim pobawić. W Turcji ktoś fajnie wymyślił, że na deptakach, w parkach, są całe zestawy „zabawek” do ćwiczenia różnych grup mięśni, a to coś do podciągania, a to „rowerek”, lub też coś na koordynację ruchową. Istna integracja sensoryczna na świeżym powietrzu. Fajne!
Po powrocie znów trochę przedobrzyliśmy. Chcąc nadrobić czas i wykonać plan dnia, w którym był jeszcze i lunapark, i basen, a potem kolacja nie zauważyliśmy, że Jędrek jest już pewnie trochę zmęczony. On dzielnie i wręcz chętnie poleciał na te kolejne karuzele i samochodziki. Ale sytuacja go przerosła i skończyło się awanturką. Nawet basen, w którym Jędrek zazwyczaj się wycisza, tym razem go denerwował. Wróciłem z nim do pokoju gdzie się wyzłościł i zmęczony w końcu uspokoił.
Potem była kolacja. Czasami jadamy na zmiany, bo zauważyliśmy, że irytujące nas samych jest to, gdy musimy wstawać od talerza pełnego smakołyków i lecieć za Jędrkiem który uważa, że już się najadł. Ostatniego wieczoru jadłem z Piotrkiem kolację na pierwszą zmianę (chyba w nagrodę za pilnowanie Jędrka gdy się złościł ;) a Hania z młodszym była w tym czasie na drewnianej platformie nad basenem gdzie Jędrek ostatnim swym zwyczajem musiał poskubać roślinki i poskakać. Potem była zmiana, ale udało mi się wyperswadować Jędrkowi, że rwania roślinek już starczy i zajmiemy się czymś innym. Przelecieliśmy się więc po terenie hotelu, przeszliśmy kolorowym podziemnym przejściem pod drogą ekspresową na „plażową” część hotelu gdzie Jędrek upewnił się, że pan od popcornu i lizaków jest tam gdzie zostawił go ostatnio (w ramach nagrody za dobre zachowanie rano i podczas zajęć, kupiliśmy mu tego dnia po delfinach lizaka). Wróciliśmy odwiedzając też ulubiony przez Jędrka salon gier (choć w nic tam nie gra, ale ten zgiełk jakoś mu się podoba – szczególnie interesują go stoły bilardowe). Potem poszedłem z nim do pokoju, a ponieważ małżonka jeszcze gdzieś nam się zawieruszyła po kolacji, to młodego umyłem, wyszorowałem mu zęby na tyle ile to jest możliwe i przebrałem w piżamkę. A tu Jędrek nakłada na koszulkę do spania książeczkę od PECS’ów, czapkę na głowę i ciągnie mnie do drzwi. Hmm, mimo że to było już po 20:30 czyli pora już na Jędrkowy sen to byłem tak zaciekawiony tym co on sobie znowu wymyślił, więc cóż, kolejny raz go przebrałem i poszliśmy. Ruszył zdecydowanie znów w kierunku tunelu na plażę. Sprawdził czy oby na pewno popcorn-men jest. OK, był. To go wyraźnie ucieszyło, że odtańczył tam swój taniec, a potem udał się do drink-baru gdzie wcześniej już odkrył, że można sobie samemu nalać soczku do kubeczka. Wyraźnie z siebie zadowolony pobiegł jeszcze pod ścianę gdzie wśród zarośli stało coś przykryte białą płachtą. I co to było? Kolejna pomarańczowa, charakterystyczna „budka z lodami”. Jak on takie rzeczy dostrzega to ja nie wiem. Przy okazji spotkaliśmy Jędrkowych delfinoterapeutów i Jędrek zadowolony chwycił Marcina za rękę i przyłączył się do nich. Cały czas byliśmy w okolicach drink-baru, który na wieczór zamienia się w restaurację meksykańską à la carte. Gdy zaprzyjaźniony z naszymi terapeutami kelner nagle spytał Jędrka w znajomo brzmiącym języku: „Chcieś lody?” to młody był przeszczęśliwy. Usiedliśmy wszyscy przy stoliku, dostaliśmy lody, które Jędrek w łapczywości swej zjadł pomagając sobie palcami, po czym grzecznie znów za rękę poszedł z Marcinem umyć ręce. No dziecko po prostu super, jak z innej bajki.
Zostawiliśmy w końcu w spokoju naszych znajomych i udałem się z Jędrkiem do amfiteatru gdzie był tzw. show-time dla dzieci. Dwie duże Mickey Mouse na scenie, pełno dzieci, muzyka. Usiedliśmy w pierwszym rzędzie i Jędrek „chłonął”. Oczy mu chodziły. Próbował się nawet kiwać w rytm muzyki, ale ta - choć prosta, nie jest taka łatwa do przetrawienia dla autika. Wstał, zamknął oczy i jak ja to ostatnio określam, przeliczał swym procesorkiem ten wielki potok danych, by w końcu parę razy podskoczyć i pokiwać się z innymi dziećmi. Potem znów siadł przy mnie, a że widziałem, że jest już coraz bardziej znużony to wróciliśmy grzecznie do pokoju.

Głupich nie sieją, sami się rodzą.

Na delfinach jest super. Gorąco polecam delfinoterapię z Dobrą Wioską. Doświadczenie bardzo udane.

Doszłam do wielu ważnych wniosków dotyczących Jędrka. Nie wiem na ile słusznych, bo jestem wielkim partaczem, jeśli chodzi o postępowanie z Jędrkiem. I miotam się z jednej strony w drugą. W każdym baź razie obecnie staramy się go odstresowywać i podążać za nim. Bo znowu z własnej głupoty narobiliśmy Jędrkowi i sobie biedy. Ale jest lepiej.

Nie nadaję się na matkę autysty. Proszę mnie nie pocieszać, wiem co mówię. I nie mówcie, że mam być dzielna. Jakby Wasze dzieco rzucało się na Was, jak dzika bestia, a Wy potem byście sobie uświadomili, że w zasadzie jest to Wasza wina, to nie wiem, jakbyście się czuli. Ja podchodzę do tematu i bardzo emocjonlanie (boli mnie to cholernie + mam ogromne wyrzuty sumienia) oraz racjonalnie (myślę sobie, że będąc tak głupim rodzicem doprowadzimy do tego, że wszyscy skończymy w psychiatryku i nie jest to takie gadanie ot tak sobie, tylko coś, czego się racjonalnie boję). Bardzo Was proszę, nie pocieszajcie mnie i nie piszcie, jakim jestem wspaniałym rodzicem i ile to robię dla swojego dziecka. Jakbym nic nie robiła, to chyba wielokrotnie byłoby lepiej. Nie, ja nie rozczulam się nad sobą, ja wiem co mówię. Dobrymi chęciami, to piekło jest wybrukowane. Moimi chęciami.

Koniec

Jest coraz gorzej.
W tej chwili to ja już nie wierzę w żadne pozytywne rozwiązanie. No chyba, że w szczęśliwy wypadek lotniczy.
Nijak nie moge pojąć, dlaczego Pan Bóg nam zsyła takie cierpienie.

Siódma sesja z delfinem Zeusem

Dziś na delfinach było ekstra. Jędrek był super. Grzeczny, współpracujący, zadowolony. I znowu jeździł sam na Zeusie. W nagrodę kupiliśmy mu bandycko drogie lody (innych tam nie było, a chcieliśmy by miał od razu fajną nagrodę).

Za to ranna akcja była taka, że ja jeszcze nie mogę dojść do siebie. Jestem emocjonalnie mocno nadszarpnięta. Zażyczyłam sobie urlop od Jędrka co najmniej do południa (dopiero poszłam z nimi na delfinoterapię), ale dalej jeszcze nie doszłam do siebie. Wniosek jest dla mnie jeden, albo jesteśmy rodzicami-partaczami, albo Metoda Krakowska zrobiła nam dużo złego (przede wszystkim nie nauczyła umiejętnie postępować z Jędrkiem i uczyć go rzeczy przydatnych, a jednocześnie zniechęcała do behawioryzmu, który w tej chwili wydaje mi się jedyną deską ratunku). Albo się mylę i tej deski nie ma. Mamy takie dziecko, nic się nie da zrobić i skończymy wszyscy w psychiatryku. Dziś naprawdę przydałyby mi się leki znieczulające. Nawet super fajny Jędrek na delfinach nie był w stanie mnie pocieszyć.

Dziewiąty dzień wyjazdu

Dziś by dobry dzień. Co prawda ranek miałam trudny bo wczorajszy trudny dzień zrobił swoje (jeśli chodzi o moje emocje i samopoczucie), bo noc była ciężka (spałam ze 4-5 godzin a to dla mnie stanowczo za mało, bo uświadomiłam sobie, że wczoraj jedną rzecz robiłam źle co mogło pogarszać sytuację, bo myślałam o tym, ile jeszcze innych rzeczy robię źle i nawet o tym nie wiem. I to wszystko mnie dobijało.
Ale na szczęście dzięki Magdzie (którą chyba tyko Pan Bóg jest w stanie wynagrodzić za jej stałą pomoc, codzienne szybkie odpisywanie na moje maile, rady i informacje oraz rzecz ważna – wsparcie) wiedziałam już jak robić lepiej i było lepiej. Jędrek był dziś cudny. Żadnych większych agresji w stosunku do nas. Cały piękny ranek.
Niestety na delfinach coś go dziś napadło. Nie wiem, jaka była przyczyna, ale na delfinach dziś się złościł. Drapał, próbował bić Marcina itd. Typowe jego trudne zachowanie z ostatnich dni. Tak, że dzisiejsza sesja była niezbyt udana. Teoretycznie. Bo praktycznie to jestem bardzo zadowolona bo Marcin dał radę. Nie odpuścił. Nie pokazał Jędrkowi, że agresją sobie coś wywalczy. Nie, miał zajęcia, coś tam musiał zrobić. A że nie skorzystał z nich tak jakby mógł, nie miał tej przyjemności, to już Jędrka strata. Cóż, dziecko to nie automat, nie zawsze musi mieć ochotę. Ale ważne, że Marcin pokazał Jędrkowi, że w ten sposób (agresją) niczego sobie sensownego nie wywalczy.
Popołudniu i wieczorem było super. Jędrek był grzeczny, komunikatywny. Coraz fajniej udaje nam się korzystać z książki, z PECS’ów.
Dzisiaj dużo się kąpaliśmy w basenach (zewnętrznych i wewnętrznych; zresztą codziennie się kąpiemy i pływamy co najmniej raz, czasem dwa po godzinie lub dwie). Jędrek cudnie nurkował, siadał sobie na dnie basenu:)
Byliśmy też w wesołym miasteczku (należącym do hotelu) i moi chłopcy byli bardzo dzielni. Obaj. Piotruś cudnie pamięta o Jędrku. Jędrek zaś cierpliwie czekał w kolejkach i w ogóle był bardzo grzeczny.
Coraz fajniej, niestresująco nam też idzie na posiłkach. Jędrula grzecznie siedzi, je. Czasem musi sobie ciut pobrykać, ale jest do opanowania.
Dziś w końcu byłam w stanie wyluzować i otworzyć się na innych. Dość powiedzieć, że wieczorem, gdy Jędrek zasnął odważyłam się i miałam ochotę wyjść „na hotel” posiedzieć, pogadać z ludźmi, którzy są z nami na turnusie. Fajnie było, ale i sporo rzeczy się dowiedziałam. Tak więc jakby ktoś potrzebowała jakiś praktycznych  informacji o delfinoterapii od rodzica, to służę;)
Napaliłam się też, że chętnie bym kiedyś powtórzyła to doświadczenie z jakimiś znajomymi zaprzyjaźnionymi rodzinami. Więc jakby ktoś reflektował, to dajcie mi znać.

Ósmy dzień wyjazdu

Sytuacja, nasilenie trudnych zachowań Jędrka wymusiło na nas to, że tym się teraz głównie zajmujemy. Usiłujemy zapanować nad Jędrka zachowaniami. To bardzo ciężka praca. Na tym się głównie skupiam. Nie będę tu tego szczegółowo opisywać, muszę mieć do tego pewien dystans, żeby to zrobić. Na razie walczymy. Dziś jestem po trzech dużych starciach z Jędrkiem. Wykańczające emocjonalnie, ale trzymam się dzielnie. Tylko dzięki Magdzie, bo bez jej wsparcia i rad nie dałabym rady. W skrócie powiem tak: walczymy o to, by Jędrek oduczył się wymuszać na nas agresją i złym zachowaniem różne rzeczy. By nauczył się ładnie prosić. Ale żeby to osiągnąć musimy przejść ciężki okres. Bo nie możemy reagować na jego agresję i złe zachowanie. On nie może wtedy nic osiągnąć. A że dotychczas to on rządził w wielu sytuacjach, więc tym bardziej jest to trudne, bo Jędrek walczy jak lew o swoje utracone prawa.
Może ktoś powiedzieć, czemu robicie to teraz, zamiast np. po turnusie. Tak wyszło. A jak już zaczęłam nie do końca świadomie wówczas, co mnie czeka, to już teraz świadomie nie możemy się wycofać.
Z jednej strony trochę nam to psuje wyjazd, z drugiej są już pewne osiągnięcia, które nam życie ułatwiają. Poza tym ta walka jest bardzo, bardzo ciężka i gdybyśmy mieli to robić normalnie pracując, to byśmy chyba nie dali rady nerwowo i emocjonalnie. A tak skupiam się tu głównie na tym. 
Dodatkowo uczymy się wzmacniać pozytywne zachowania Jędrka. To też nie jest takie proste.
I tak to kontrola zachowań Jędrka wzięła górę nad delfinoterapią. Bo sytuacja tak kazała.
A na delfinach dziś (piąta sesja) było dobrze. Jędruś był co prawda z lekka nieobecny (cóż, dwa wielkie poranne starcia zrobiły swoje), ale był grzeczny i pięknie pływał na delfinie.
A po południu poszliśmy na pokaz sztuczek fok i delfinów. To było ekstra. Choć Jędrkowi się podobało średnio i już w połowie chciał wychodzić, ale byliśmy nieugięci.
Poza tym kąpiel w basenie była cudna mimo tego, że z powodu deszczu na basenie wewnętrznym (moim ulubionym) dziś tłumy. I mimo tego, że Jędrek mi w pewnym momencie zginął i mocno spanikowałam (bałam się, że gdzieś wybiegł w kąpielówkach, że się gdzieś poślizgnie. A teren tu duży, można by się długo szukać). Na szczęście się znalazł. Teraz ja odreagowuję cały dzień, a chłopcy poszli na kolację. Czasem musimy robić zmiany - dyżury przy Jędrku, by drugie mogło odzipnąć, odreagować.

Siódmy dzień turnusu

Tyle się dzieje, a my nie nadążamy opisywać. Siłą rzeczy na blogu znajdzie się tylko skrót naszych przeżyć i wrażeń.
Po pierwsze delfiny, dla których tu przyjechaliśmy.
Wczoraj, podczas czwartej (z przewidywanych dziesięciu) sesji z delfinami Jędruś był w dalszym ciągu bardzo grzeczny i ładnie współpracował. I pływał SAM na delfinie. Mamy zdjęcia:) Tylko nie mamy kiedy ich zamieszczać.
Bardzo jesteśmy zadowoleni z tych sesji z delfinami. Jędruś wyraźnie to lubi. Złapał fajny kontakt z terapeutą, Marcinem. Dziś na wycieczce sam z siebie podchodził i wyciągał do niego rękę, by z nim iść. Dla mnie to oznaka dużej sympatii Jędrka bo on nawet z nami nie zawsze chce chodzić za rękę.
Dziś był dzień przerwy od delfinów. Pojechaliśmy z terapeutami: Oksaną i Marcinem oraz 2 innymi rodzinami na wycieczkę do Alanyi. Byłam pełna obaw, czy się nie umęczymy, jak będzie zachowywał się Jędrek itd, ale było super. Nawet pogodę mieliśmy ekstra bo zrobiło się mniej prażąco. Przeszliśmy się deptakiem przy plaży, weszliśmy do malowniczej groty ze stalagmitami i stalaktytami, wjechaliśmy na wzgórze z ruinami XIII-wiecznego zamku, przeszliśmy się po porcie z bajczenie kolorowymi statkami wycieczkowymi i zakończyliśmy wyprawę w kebabiarnii w głębi Alanyi (z przystępnymi cenami, a nie takimi pod turystów). Było bardzo miło i ciekawie. i Jędruś zachowywał się super. Miał co prawda drobne momenty kryzysowe, ale w sumie drobne.
A wieczorem po powrocie do hotelu, to już przeszedł samego siebie. Andrzej opisał te sytuacje w mailu do Magdy, a że zrobił to doskonale, to zacytuję:

„Tyle się ostatnio dzieje, że trudno nadążyć z przeżywaniem tego, nie
mówiąc już o np. komentowaniu czy robieniu notatek.

Fakt, że dzisiejszy dzień był dość męczący, ale mam wrażenie, że Jędrek
na wieczór zachował najwięcej sił.

Na kolację poszedł z Piotrkiem, ze mną i z książką. Miał tam przypięty
tylko jeden pecs: jedzenie. Usiadł grzecznie przy stoliku, wcinając małe
pączusie posypane cynamonem i cukrem (pycha). Zamówiłem mu wodę i chyba
był spragniony bo prawie całą szklaneczkę wypił od razu. Tak więc sobie
Jędras siedział i co jakiś czas przewracał kartki na trzymanej na
kolanach książeczce. i chyba coś tam nawet przeczepiał z miejsca w
miejsce. W którymś momencie wstał, obrócił się (za nami stał mały
kredensik z naczyniami i sztućcami), sięgnął po duży kieliszek (taki na
wodę, lampkę wina, etc. – dość często pił właśnie, nie w szklance, a w
takim kieliszku – notabene: nie wiem jak go wypatrzył za swymi plecami),
postawił ten pusty kieliszek na stole, oderwał od książeczki pecs’a: pić
(!) i wymownie się spojrzał. Oczywiście, błyskawicznie mu nalałem wodę,
pochwaliłem i natychmiast nagrodziłem mentosem z kieszeni.

Druga ciekawa sytuacja wydarzyła się po powrocie do pokoju. Hania
właśnie napisała do ciebie maila i poszła na kolację, a ja zostałem z
chłopakami w pokoju. Jędrek zajął się zabawą sznureczkami, Piotrek
dorwał się do komputera, ja chwilę się zdrzemnąłem. Obudził mnie Jędrek
natarczywie ciągający nie za głowę, trochę zły lecz nie agresywny,
próbował mnie jedynie podszczypywać. Wstałem by zamknąć balkon, a w
międzyczasie Jędrek zaczął zaczepiać Piotrka (pchnął brata siedzącego
przy komputerze). Ponownie usiadłem na łóżku, starając się Jędrka
ignorować, ale podszedł do mnie z tym swoim buuuu i chwycił mnie za
dłonie ciągnąć do swego karku by go podrapać. Wiem, że być może
denerwują go swędzące ramiona i kark. Trochę więc w rozdarciu między tym
ignorowaniem a możliwością zrealizowania jego prośby podrapałem go lekko
po plecach. Jędrek zmrużył oczy wyraźnie już w lepszym humorze, coś tam
w tym swoim procesorku poprzetwarzał, poobliczał i zaczął ciągnąć mnie z
łózka w kierunku szafy. Uległem i wstałem. Podszedł do swych adidasków,
sięgnął po nie i powiedział: Buuuu-ty. Pochwaliłem go, powiedziałem:
„OK, Jędrek, chcesz wyjść na spacer! Chodź, idziemy!” Jędrek z radością
nałożył swą czapkę (choć była już prawie 21) i w podskokach wyszedł
ze mną z pokoju.”

Andrzej opisał tu dwie wspaniałe sytuacje. Gdy Jędrek sam z siebie wygrzebał na kolacji ze swojej książki obrazek: PIĆ i jej użył oraz gdy poprosił słownie (buty) o wyjście. Cudnie:))))
Poza tym w tym mailu jest szczegółowy opis Jędrka zachowania, bo tym się teraz bardzo zajmujemy. Mieliśmy mieć wakacje, ale Jędrka zachowanie po przyjeździe tu na tyle się pogorszyło i było dla nas trudne i męczące, że nie mogliśmy dłużej czekać z wprowadzaniem pewnych zmian w naszym postępowaniu wobec Jędrka. Przestaliśmy mu ulegać, przestaliśmy mu nadskakiwać. To oczywiście wywołało jeszcze trudniejsze zachowanie. Jędrek walczy o swoje utracone prawa;) i gdyby nie Magda, która nas zdalnie mailami steruje i wspiera, to byśmy polegli. a dzięki Magdzie zaczynamy powoli rozumieć i panować nad Jędrka zachowaniem. Magda nas uczy, jak mamy postępować w trakcie trudnych zachowań Jędrka (w miarę możliwości nie reagować, nie nawiązywać z nim kontaktu wzrokowego, nie komentować), jak mamy nie wzmacniać trudnych zachowań Jędrka a jak mamy wzmacniać jego dobre zachowanie. Zaczynam być fanką behawioryzmu. Bo to działa. Jeszcze 2 dni temu byłam załamana i przerażona Jędrka wybuchami agresji. Dziś patrzę na to zupełnie inaczej, jestem silniejsza emocjonalnie (choć uwierzcie mi nie jest łatwo, gdy rozjuszony autysta atakuje) i widzę światełko w tunelu.
Autentycznie zaczynam głęboko wierzyć, że właściwa terapia behawioralna i PECS to jest to, co jest najlepsze dla autystów. Zwłaszcza niemówiących i niekomunikujących się. Przechodzimy z Metody Krakowskiej, którą pracowaliśmy prawie 5 lat na terapię behawioralną, którą mnie straszono (uważam, że niesłusznie) i na PECS. Behawioryzm funkcjonalny – NIECH ŻYJE.