Piąty dzień naszego wyjazdu

Po tych wczasach, to jak po wielu wakacyjnych wyjazdach, będzie nam się należała porcja solidnego… wypoczynku;) Jest intensywnie. Jak na moje potrzeby to stanowczo za. Ale niestety Jędrek tego wymaga. Potrzebuje ciągłego nadzoru, zajmowania się, zmieniania mu „atrakcji”. Para rodziców do opieki nad nim, to stanowczo za mało. Przydałaby się druga, żeby można było odzipnąć.
Po tym wyjeździe raczej na pewno nie będę mogła powiedzieć, że byłam w Turcji. Rzekłabym raczej – byłam w hotelu w Turcji, który na pierwszy rzut oka i moje skromne (by nie powiedzieć żadne;) doświadczenia tego typu wydał mi się luksusowy. Teraz bym raczej powiedziała, że to biznes turystyczny dla mas. Głównie Rosjan. Hotel na kilkaset (?) osób, tłumy, jak na plaży we Władysławowie. Jak ktoś lubi tego typu klimaty, to jest super. Ja wolę bardziej kameralnie. Niniejszym przestaję żałować, że mnie nie stać na tego typu wyjazdy.
Przyjechaliśmy tu dla delfinów. Jędrek jest po trzech sesjach (ok.20-25 min). Z każdym dniem jest coraz fajniej. Drugiego dnia, Jędrek poszedł do delfina już tylko z Marcinem, bez asysty taty (który mógł w tym czasie zająć się robieniem zdjęć:) Nikogo tym razem nie podrapał (Jędrek, nie tata, który nie drapie z zasady;) i słuchał się terapeuty. A dziś było jeszcze fajniej bo więcej pływali w basenie i to na delfinie! Delfin też znowu „całował” Jędrka. Andrzej tym razem trochę filmował, ale czy uda mu się szybko coś wrzucić do Internetu to trudno przewidzieć. Robimy dyżury przy Jędrku. Teraz Andrzej jest z chłopcami na basenie, więc ja mogę napisać notatkę. Wcześniej byłam ja, wiec Andrzej mógł zrobić zakupy na bazarku. Wyprawa na pobliski bazarek umęczyła mnie, Piotrka i Jędrka okrutnie. Szliśmy z 40 minut, żeby zobaczyć budy jak niegdyś w Warszawie przy dworcu Stadion. A że Jędrek zaczął mi się tam wyrywać, by coś dotykać, to zawróciłam z powrotem z chłopakami do hotelu, a Andrzej robił zakupy. Żadna okazja, ale w Polsce chłopak nie ma kiedy kupić sobie spodni czy butów. Poza tym, gdy mi opowiadał jak wspaniale się targował, jak to się zaprzyjaźnił z jakieś Turkiem i wypili razem herbatkę, to myślę, że… warto było:)
Jędrul wczoraj był bardzo fajny i grzeczny, ale dziś znowu pojawiły się trudne zachowania. Myślę sobie, że tu jest za dużo „atrakcji”, rzeczy które on chce. Czasami go to przerasta. Ale powoli sobie normujemy dzień. Oprócz sesji z delfinami nasz dzień jest wypełniony głównie: posiłkami (i tu nasze wielkie osiągniecie - Jędrek siedzi grzecznie przy stole i je; co prawda niestety często palcami; no i czasem musi trochę wstać i pobrykać, ale prosi o to) i wyjściami na basen (ten w hotelu, o którym już pisałam; tam głównie marynuje się ja z Jędrkiem oraz zewnętrznymi, gdzie Jędrek chodzi głównie z tatą (i bratem). Chłopaki chodzą też na super fajne zjeżdżalnie oraz chodzimy do wesołego miasteczka (taka wersja dla małych dzieci, ale Jędrek lubi). Jest też taki kącik zabaw dla dzieci, który Jędrek lubi odwiedzać. No i… od wczoraj polubił siedzenie przy barze. Wczoraj wieczorem wypił nawet fruit-coctail i był bardzo z siebie zadowolony. Wieczorem są też różne pokazy (a to sztuczki, a to magik), ale o ile pierwszego wieczoru Jędrek siedział tam grzecznie i patrzył, o tyle wczoraj nie chciał i poszłam z nim w inne miejsce, gdzie pan grał na pianinie, a on sobie brykał obok (no i wypił przy barze koktajl). A jeszcze z atrakcji tutejszych, które Jędrek polubił: lody (niestety są tylko przez ok. godzinę i trzeba stać przeważnie w kolejce długiej, co jest dla Jędrka ciężkie do zaakceptowania) i jeżdżenie windami, zwłaszcza tymi przeszklonymi, z których można sobie oglądać 6-piętrowy hotel.
Generalnie, to Jędrek jest dość ciężko sterowalny. Upiera się, że gdzieś chce być i czasem przekonanie go do czegoś innego bywa trudne i kończy się mało sympatycznie. Miejsce jak dla autysty jest trudne. Za dużo ludzi, za dużo bodźców, za dużo atrakcji. Jędrek niby to lubi, ale jest w tych warunkach ciężko sterowalny. Na szczęście ja dość szybko wybiłam sobie z głowy myśl, że ja tu przy okazji odpocznę. Nic to - przyjechaliśmy tu dla Jędrka. I jak na razie z sesji z delfinami jestem zadowolona. Nie wiem co prawda, czy one wpłyną jakoś leczniczo na Jędrka, ale przynajmniej są dla niego miłym, dobrym doznaniem. Widać, że mu się podoba.

Na delfinach

Od środy jesteśmy w Turcji na delfinoterapii.
Nie obwieszczałam jakoś szczególnie publicznie tego naszego wyjazdu przed, bo choć był planowany już parę miesięcy temu, to ja jakoś nie do końca wierzyłam, że do tego dojdzie. Wydawało mi się to tak mało realne, tak niepasujące do naszego życia codziennego. Ale wszystko się udało. W środę skoro świt wyruszyliśmy z domu samochodem na lotnisko. Na lotnisku wszystko poszło sprawnie (a bo też leciała z nami terapeutka, więc byliśmy prowadzeni „za rękę”). Samolot – pierwszy lot naszych synów. I o ile o Piotra się nie bałam (groziło mu najwyżej tyle, że będzie rozczarowany wrażeniami; ale na szczęście – podobało mu się), o tyle z Jędrkiem mogło być gorzej. Samolot jakiś taki mały (choć na 180 osób), ciasny. Dużo płaczących dzieci, hałas – czułam się momentami, jakbym jechała autobusem obładowanym kurami i tubylcami (jak w filmach o Meksyku). Niemniej Jędrek znosił to wszystko bardzo dzielnie, choć w pewnym momencie się zezłościł (jak mu Piotrek zwrócił uwagę by nie lizał stolika) i choć to był moment, to w tych warunkach, uwierzcie – bardzo trudny. W Turcji, w autokar i kolejne drugie tyle jazdy (coś ok. 2,5 godz). Ale było ok.
Hotel Long Beach w Turkler koło Alanyi. 5 gwiazdkowy, luksusowy. Mamy tu takie warunki, w jakich w życiu nie byliśmy i nie wiem, czy kiedyś jeszcze będziemy. Opcja Ultra All Inclusive. Wygodny pokoik, jedzenia (i to jakiego!) w brud i na okrągło. Baseny i inne atrakcje.
Wrażeń cała moc. Nie wyrabiam z przeżywaniem, co dopiero z opisywaniem. Ale choć warunki mamy znakomite, to nie ma lekko. Jędrek stwarza całą masę stresujących sytuacji (co zapewne wynika przynajmniej częściowo i z  tego, że dla niego cała sytuacja też jest nowa i stresująca). Od przyjazdu miał już kilka tak trudnych zachowań, jakich ostatnio w domu nie bywało. I choć to czasowo stanowi niewielki procent w porównaniu do chwil, gdy jest dobrze, albo i świetnie, to takie sytuacje są niezwykle wykańczające emocjonalnie. Niemniej mam nadzieję, że to pierwsze dni, czas przyzwyczajenia się do nowej sytuacji, są takie trudne i  że dalej będzie lepiej… Dla nas samych pierwszy dzień albo i dwa były niezwykle stresujące. Ten luksus miejscami bywa bardzo przytłaczający. Człowiek, taki jak ja, który pierwszy raz z tym się zetknął, nie umie się zachować, nie wie, co i jak (próbuje wypić drinka „demo” – ale wstyd). Ale powoli się oswajamy – za dwa tygodnie to już będziemy ” światowcy”;)
Z rzeczy najważniejszych. Delfinoterapia jest tu prowadzona przez Fundację Dobra Wioska. Dziś Jędruś miał swoje pierwszą sesję z delfinem. Byłam pełna obaw (terapeuci również) bo Jędrek jest… „dziki”. Z wodą oswojony za pan brat. On by najchętniej wskoczył do wody i sobie popływał z delfinem. A delfin, to zwierzę płochliwe, tu trzeba delikatnie. A Jędrek z kolei słuchać się za bardo nie chce, on chce po swojemu. A jak coś nie po jego myśli, to pazury w ruch. Więc po wczorajszej rozmowie z terapeutką i po próbie wspólnej zabawy w basenie, byłam pełna obaw, czy z tego cokolwiek sensownego wyjdzie. Ale dziś było super. Jędrek co prawda najpierw zamierzał wskoczyć do basenu do delfina i w ogóle próbował trochę cudować po swojemu, Marcin (przydzielony do Jędrka „delfinowy” terapeuta) został co prawda drapnięty, ale wespół w zespół, przy drobnej pomocy Andrzeja, który stał w pogotowiu do ewentualnej pomocy, chłopaki dali radę. Ja z Piotrem obserwowaliśmy to z trybuny. I z naszej strony wyglądało to super. Bo Jędrek tam był (nie zwiał, choć próbował sobie pobiegać), bo karmił delfina rybkami, bo go głaskał, bo nawet noskiem go delfin do głowy dotknął. Jędrka delfin (o imieniu Zeus) w ogóle bardzo się starał, sztuczki robił, a Jędrek - jak na Jędrka to był bardzo grzeczny i zainteresowany. Na początku bawił się z delfinem stojąc na brzegu, potem razem z Marcinem pływali z delfinem w wielkim, głębokim na 6m basenie.
A z innych atrakcji, to Jędrek chyba najbardziej lubi basen wewnątrz, w hotelu. Woda tam cieplutka, aż może nawet za ciepła, no i widoki są super. Bo na górze sufit jest oszklony i jest widok i na dach i na korytarz z pokojami. Jak schodzimy po schodach, to mamy widok właśnie na ten basen i bardzo on się Jędrkowi podoba. A jak jesteśmy na basenie, to pływamy sobie na plecach (Jędrek też, choć generalnie to nie robi tego często, tu zaś widok mu się tak podoba, że preferuje tą stronę).
Inne wrażenia i refleksje innego dnia. Teraz muszę skorzystać z tego, że Jędrek śpi, więc i ja mogę.

Zmiany w szkole

A w szkole, proszę pana, zaszła pewna zmiana. Otóż zmieniła nam się pani główna od zajęć edukacyjnych. Teraz Jędrek ma wszystkie zajęcia (edukacyjne + rewalidację + nadrabianie zaległych, w sumie jakieś 9-10 zajęć tygodniowo) z panią Izą, z którą miał wcześniej tylko rewalidację. Pozostałe lekcje (3 w klasie + angielski + komunikacja alternatywna - bez zmian).
Zmiana ta nastąpiła ponieważ zdecydowanie i stanowczo odmówiliśmy siedzenia na korytarzu w czasie lekcji Jędrka. Poza tym na rozmowie u dyrekcji byłam mocno asertywna (jak ja to ostatnio dyplomatycznie nazywam). Tzn. trochę trudnych słów wypowiedziałam. Nie było to zapewne miłe dla szkoły (wiadomo, milej się słucha tego, co dobre), niemniej pani dyrektor wysłuchała mnie ze spokojem i zrozumieniem. Jestem pełna podziwu. Nasza pani z trochę mniejszym zrozumieniem. Po tej rozmowie zdecydowała się zrezygnować z nauczania indywidualnego Jędrka. Niemniej mam nadzieję, że moje słowa nie zostały potraktowane jako słowa rozgoryczonej matki trudnego dziecka, lecz dadzą do myślenia i sprawią, że będzie lepiej. Bo o to mi chodziło. By szkoła zaczęła dostrzegać pewne fakty z drugiej strony, nie tylko przez pryzmat siebie, nauczyciela czy dyrekcji. Nie jest to jednak temat, na który chciałabym rozpisywać się publicznie.
Na razie ze zmiany, która u nas nastąpiła jesteśmy zadowoleni. Bardzo ceniliśmy naszą panią, ale nie wszystko nam się podobało (a komu się podoba wszystko?). Tak jest może lepiej. Pani Iza to twarda kobieta, radzi sobie z Jędrkiem i myślę, że całkiem nieźle się dogadują. A my potrzebujemy chwili oddechu. Tego byśmy nie musieli ciągle być w szkole i żyć tylko szkołą.

Z PECSem przez życie

Nie piszę bo nie wyrabiam.
Generalnie jest do przodu. Współpraca z naszymi terapeutami od PECS-ów układa nam się pięknie. Jędrek robi szereg małych kroczków do przodu, które cieszą nas niezmiernie.
Chciałabym usiąść i to wszystko opisać, to, co zmieniło się w Jędrka i naszym życiu od miesiąca. Tylko na razie nie mam ani tyle czasu ani spokoju, by to przeanalizować i zrobić. Generalnie posuwamy się powolutku do przodu w komunikowaniu się za pomocą PECS (aktualnie ćwiczymy fazę III A i B - różnicowanie obrazków) oraz wprowadzamy pewne zmiany w naszym życiu, zachowaniu Jędrka. Z rzeczy, które mnie niezmiernie cieszą są to następujące fakty:
- Jędrek często sam z siebie daje PECS-y by coś nam zakomunikować. Robi to, gdy chce poprosić o konkretną rzecz i niekonkretną (np. w stylu, pozwól mi na to, albo nie chcę tego).
- udało nam się zmienić jego brzydkie przyzwyczajenie jedzenia na chodząco. Teraz je tylko przy stole i nawet nie tak często trzeba mu przypominać, że jemy przy stole
- nie ma awantur porannych:)
- na podwórku, w szkole nie ucieka, chodzi za rękę
- lepiej współpracuje przy myciu rąk
Dla mnie to bardzo bardzo dużo. I widzę jeszcze oczywiście całą masę rzeczy do zrobienia, zmienienia. I patrzę na to optymistycznie, że powoli z pomocą Magdy i Andrzeja (no i Marka!:) nam się uda.
Aktualnie np. spisujemy i opisujemy jego trudne zachowania. Magda będzie to potem analizować i mam nadzieję, że uda nam się coś sensownego z tym zrobić. Znaleźć funkcję tych zachowań i zamienić je na zachowania akceptowalne pełniące podobną funkcję. Odkąd doświadczyłam, że „sztuczki” Magdy (oparte na behawioryźmie funkcjonalnym) działają (na przykładzie poradzenia sobie z rannymi awanturami) – zaczęłam być fanką behawioryzmu. Naprawdę niegłupie są pewne idee tego nurtu:)
Więc mam nadzieję, ze uda nam się również zrobić coś z nową pasją Jędrka - rwaniem książek. Kto mnie zna osobiście, to wie, że ja książki kocham i ciężko mi znieść tą nową pasję syna.

Magda spadła mi z nieba

Gdy byłam dwa miesiące temu na szkoleniu PECS prowadzonym przez panią Magdę Kaźmierczak, bardzo mi się ono podobało i pomyślałam sobie, że chciałabym wprowadzić pewne elementy PECS w życie Jędrka. Andrzej porozmawiał wtedy z panią Magdą i padła propozycja, że może mogłaby przyjechać do nas w marcu i poobserwować Jędrka w domu, w szkole, coś nam poradzić na jego trudne zachowania. Uważni czytelnicy wiedzą, że do tego doszło, że pani Magda była u nas 3 dni. Teraz mogę się przyznać, że wiązałam z tą wizytą i obawy i nadzieje. Zdążyłam się wcześniej zorientować, że PECS oparty jest na behawioryzmie funkcjonalnym, a przecież behawioryzmem mnie straszono. Terapeuci pracujący Metodą Krakowską są mu bardzo przeciwni. Ja również zdążyłam się zorientować, że te dwie metody ze sobą kompletnie nie współgrają. Niemniej pokusa by przyjechał ktoś i spróbował nam pomóc w trudnych zachowaniach Jędrka była zbyt silna bym miała zrezygnować, się przestraszyć. Trochę się bałam, że jak przyjedzie pani Magda, to ja już będę zobligowana wprowadzać ten PECS, czy mi to będzie do końca pasowało, czy nie. A tymczasem, ten ich przyjazd to było tak cudowne doświadczenie, że absolutnie szczerze mówię – nie wiązał się z żadnym stresem, niezręcznością itd. Magda z Markiem są cudownymi ludźmi. I mamy z nimi piękne zdjęcie.
Na razie do obejrzenia na ich stronie na facebooku. Można tam też obejrzeć filmik z Andy Bondy i Lori Frost z ich wizyty w TV. Jak przyjedzie Andrzej wklei tu zdjęcie i filmik [na razie nic z tego - kompletny brak czasu].
Minęło już prawie 3 tygodnie od wizyty Magdy i Marka u nas, a ja wciąż jestem nimi zafascynowana. I to coraz bardziej. Jestem w stałym kontakcie mailowo – telefonicznym z Magdą. Wspiera mnie bardzo, pomaga, prowadzi, daje dobre skuteczne rady. Nie chciałbym zapeszyć, ale wygląda na to, że udało jej się zidentyfikować przyczynę porannych Jędrka awantur i ją zneutralizować. Od tygodnia nie mamy porannych awantur, które mnie wykańczały emocjonalnie. Co ważniejsze, wiem, że nawet jeśli ten czy inny problem się pojawi, Magda mi pomoże znaleźć przyczynę i sposób na to.
Teraz już wiem na pewno, chcę PECS, chcę behawioryzm funkcjonalny. To ma sens, to jest skuteczne. Nie chcę walczyć z Jędrkiem, wykańczać siebie i jego. Chcę by nam było dobrze razem. Chcę w terapii Jędrka skupiać się na komunikacji i zachowaniach funkcjonalnych, tzn. takich które mają bezpośrednie przełożenie na życie, a nie zadania dla robienia zadań, które nam nijak życia nie ułatwiają.
Jędrek jest przeszczęśliwy, gdy chce się z nami bawić, my wyciągamy rękę, a on leci do swojej książki po obrazek. Szuka książki, znajduje ją ukrytą pod czymś, odwraca, odrywa obrazek. Żadne przeszkody go nie zniechęcają.
A Magda … Magda spadła mi z nieba. Ja znowu ufam terapeucie, mam się na czym oprzeć i czuję się tak cudownie zaopiekowana. Każdemu rodzicowi życzę.

Rodzicu – bądź egoistą!

Dziś, drodzy Rodzice, chciałabym Was namówić do tego byście czasem byli egoistami. Byście potrafili o siebie zadbać. Ja się tego uczę.
Denerwuje mnie szalenie, gdy ktoś, zwłaszcza jakiś terapeuta, najeżdża na innych rodziców dzieci niepełnosprawnych. Że tego nie robią, że tamtego. Ostatnio miałam takie doświadczenia, gdy jedna pani próbowała przy mnie ponarzekać na innych rodziców. Oj, dałam ja jej do słuchu. Rodzic dziecka niepełnosprawnego ma ograniczone siły i nie musi funkcjonować zawsze na 100% i poświęcać się zawsze z całych sił terapii swego dziecka. On jest tylko człowiekiem, a nie cyborgiem. Więc jak mi na hipoterapii, „terapeutka”, która prowadzi konia, a rodzic przytrzymuje dziecko i ma z nim robić zadania wymyślone przez terapeutę, poskarżyła się na innych rodziców, że oni to by najlepiej zostawili im dziecko a sami poszli gadać przez telefon, a przecież sukces terapii zależy od zaangażowania rodzica, więc jak mi tak powiedziała, to jej odpowiedziałam do słuchu, jak to powinna wyglądać profesjonalna hipoterapia. A niech się trochę zastanowi na przyszłość zanim się odezwie bez sensu.
Szanowni terapeuci, jeśli któryś mnie czyta, proszę Was bardzo, nie zrzucajcie na bary rodziców powodzenia lub niepowodzenia terapii. Oni często gonią resztką sił i potrzebują wsparcia a czasem i wyręki. A nie tego, by terapeuta im głowę suszył, albo ustawiał do pionu i strofował.
Drugi mój apel, nie do terapeutów, ale do zwykłych ludzi, co to nie wiedzą, jak się zachować wobec niepełnosprawnego dziecka i jego rodzica. Błagam, nie mówcie, gdy się zorientujecie, że dziecko nietypowe: „O, taki ładny chłopiec. A wygląda na normalnego”. Nie współczujcie nam wylewnie. My tego nie potrzebujemy, to nam sprawia przykrość. Nie chcemy współczucia, chcemy normalnego traktowania – z sercem, ale bez tych niepotrzebnych achów.
I nie dziwujcie się, nie użalajcie nade mną, że zostałam na święta sama w domu (a chłopaków wysłałam do teściów). Miałam ku temu 3 ważne powody i bynajmniej nie czuję się ani pokrzywdzoną przez los, ani wyrodną matką. Miałam o tym nie pisać, by nie narażać się na komentarze, choćby myśli, typu „Ojej, co ona taka dziwna, no jak tak można?” albo „O jaka biedna, sama w święta w domu”. Ale rozbawiło mnie to, że tego typu komentarze spotkały mnie tylko od osób, które nie mają niepełnosprawnego dziecka. Za to kilka moich znajomych, co to ma takowe dziecko, dowiedziawszy się o moim dość nietypowym sposobie spędzania świąt skomentowało to słowami: „Ojej, ale Ci dobrze!” I to jest właśnie różnica między nami:) Myślę zresztą, że niejedna mama zdrowych dzieci miałaby ochotę zrobić sobie takie wczasy, tylko nie ma odwagi. A ja mam. I zachęcam innych rodziców: Dbajcie o siebie. Bądźcie czasem egoistami.

W Czarnym Lesie

Pierwszy tydzień kwietnia Jędrek spędził na turnusie w Czarnym Lesie, tam gdzie spędził 1/4 roku w ubiegłym roku szkolnym. W tym byliśmy dopiero po raz drugi. W Czarnym Lesie zmiany, nie ma tymczasowo Asi. Jędrek też miał okazję poznać nową sympatyczną panią Dorotę, która wkrótce zastąpi panią Sylwię i się przyuczała do tej roli.
Jędrkowi w Czarnym Lesie było dobrze. Jest przyzwyczajony do miejsca, wszystko jest poukładane, dużo zajęć, pewien rytm dnia. A i miejsce fajne, spokojne. Warunki bytowania bardzo dobre, wygodne. Plac zabaw – zaliczony:) Tylko na zajęciach Jędrek nie zawsze był zadowolony. Złościł się. Nie wiem, czy to było dla niego za trudne, czy ten styl pracy mu nie pasował, ale czasami wchodził na zajęciach w trudne zachowania, w agresję i to mnie martwiło. Szymon, który obecnie zajmuje się na turnusach pracą logopedyczną, ćwiczył z Jędrkiem parskanie, próbowali mówić R, ale to okazało się dla Jędrka jeszcze za trudne. Aneta robiła zajęcia edukacyjne, ale tym razem Jędrek niechętnie z nią współpracował – zwłaszcza na zadaniach z napisami, jakby miał tego dość. Dopiero na zadaniach – zabawach (typu wysusz lali włosy, daj jej pić itd), znacznie lepiej współpracował, widać było, że mu się to podobało i nawet mnie zaskoczył, że to robił całkiem nieźle (kiedyś był do tego kompletnie drewniany i nieobecny). Ale najbardziej to chyba Jędrek lubił zajęcia z panią Agnieszką -fizjoterapeutką (masaże, dociski + przyjemna muzyczka i miła pani). Jędrek się kładł i był cały happy. A mamusia wraz z nim, widząc, że dziecku dobrze.
Jędruś na turnusie był grzeczny, oprócz dwóch początkowych awanturek, które mi urządził (ale chyba nawet wiem, dlaczego:) Dobrze nam tam było razem, ale też Jędrek chętnie wrócił do domu i bardzo się ucieszył na spotkanie z tatą i bratem.

Plan zajęć Jędrka w marcu 2012

Marzec mieliśmy burzliwy i pełen wrażeń, zwłaszcza końcówkę.

W szkole nie było Jędrka pani, więc miał zastępstwo. W sumie w szkole miał
- 12 lekcji z edukacji wczesnoszkolnej (11 z panią zastępującą + 1 ze swoją panią)
- 12 lekcji w ramach rewalidacji z inną Izą
- 4  lekcje z komunikacji alternatywnej
- 2 lekcje angielskiego
oraz z klasą:
- 2 lekcje informatyki
- 2 lekcje religii
+ 1 wyjście do filharmonii z klasą III
W sumie: 30 lekcji indywidualnych, 4 z klasą i 1 wyjście. Teoretycznie powinien mieć 13 godzin tygodniowo, czyli jak obliczyłam miał z tego ok. 67 %. Tak to jest w szkole, ciągle czegoś nie ma.

Po szkole:
- 16 wyjść na basen (12 ze START-u, 4 z TWzK)
- 5 zajęć – zabiegów z fizjoterapeutą (START)
- 5 zajęć z logopedą w poradni logopedycznej
- 4 zajęcia grupowe art-terapia ze stowarzyszenia „Jeden Świat”
- 3 zajęcia z SI (z RMW)
- 3 zajęcia z pedagogiem (z RMW)
- 1 zajęcia grupowe art-terapia z KTA
- 1 wizyta diagnostyczna u psychologa (w Poradni dla osób z autyzmem)
- 1 zajęcia z pedagogiem od komunikacji alternatywnej (PECS)

+ i przed wszystkim
- 3 dni z ekipą PECS i rozpoczęcie pracy z PECS (komunikacja za pomocą wymiany obrazka) oraz metodą behawioryzmu funkcjonalnego

Tak, znaczącym wydarzeniem w tym miesiącu (a myślę, że nie tylko w tym) było nasze spotkanie z Magdą i z PECS. Mam nadzieję, że to początek lepszego życia Jędrka i z Jędrkiem:) Już widzę pozytywne zmiany.

Oprócz tego zapisaliśmy się jeszcze na grupowe zajęcia plastyczno-ruchowe (zwane przeze mnie art-terapią) w KTA. A miałam nic już nie dorzucać, ech. Ale trudno było się powstrzymać. Zajęcia prowadzi nasza pani Kasia (wespół w zespół z inną panią) i dzieci są na nich bez rodziców – fajna sprawa dla Jędrka.

Na niebiesko

Od poniedziałku jestem z Jędrkiem na turnusie w Czarnym Lesie i codziennie zerkam na bloga w oczekiwaniu na relację z poniedziałkowej białostockiej akcji z okazji naszego niebieskiego dnia (Światowego Dnia Wiedzy na temat Autyzmu). A tu nic. Więc choć wiedza ma niepełna na ten temat, muszę męża sprowokować, żeby rozwinął temat – zdał relację, poprawił mnie, jeśli coś przekręcę.
A było to tak…
Mniej więcej tydzień przed owym dniem mój mąż się „zapalił” na niebiesko oczywiście. Już rok temu bardzo mu się ta akcja spodobała. Tym razem postanowił wcielić ją w życie w Białymstoku i zapalić coś na niebiesko. Padło na Ratusz. Przez tydzień latał  po urzędach, sponsorach (chwała im za to, bo co innego dobre słowo, a co innego wysupłać trochę własnej kasy i nawet zezwalam mężowi memu ich tu wymienić :), zbierał ludzi, którzy zechcą się włączyć w akcję. Byli to głównie ludzie z naszego białostockiego KTA, ale też tacy, którzy z autyzmem nic wspólnego nie mają. I tu chciałabym wymienić i chwałą otoczyć kolegę męża – Wojtka bez którego to, śmiem bezczelnie twierdzić, że mój mąż mógłby zapalać na niebiesko kalki na balkonie a nie Ratusz;) Chwała mojemu mężowi, że ma takich kolegów:)
Podczas organizacji całej akcji doszło do wielu przeciwności (długo by opowiadać), ale też wielu ludzi (również urzędników) wykazało się naprawdę bardzo ludzkimi odruchami.
A jak było w poniedziałek wieczorem? Niestety na żywo tego nie widziałam. Mogę tylko wraz z Wami pooglądać zdjęcia:

Ale już po akcji dostałam od koleżanki sms, że „mam godnego podziwu męża”. I odetchnęłam z ulgą, że widać klapy totalnej nie było. A jak jeszcze się dowiedziałam, że przyszło pod Ratusz sporo osób związanych z KTA i włączyli się aktywnie w akcję (wielu z nich brało w różnorodny sposób też udział w  przygotowaniach), to już byłam całkiem ukontentowana i nie mam nic a nic żalu do męża o to, że zapalał Ratusz na niebiesko, a wciąż nie mamy światła w dużym pokoju (kilka dni wcześniej spadł nam z hukiem żyrandol). Ba, ja jestem z mojego męża DUMNA. A uwierzcie mi, zasłużyć na mój podziw nie tak łatwo. Zwłaszcza jak się jest moim mężem. (ps. bo wobec męża jestem bardziej wymagająca, coby była jasność jak rozumieć to zdanie).