Plan zajęć Jędrka w grudniu 2010

W grudniu Jędrek był przez półtorej tygodnia na turnusie rehabilitacyjnym w Czarnym Lesie. Na turnusie i w Białymstoku w sumie miał:

- 15 zajęć po 50 minut Metodą Krakowską z Asią na turnusie rehabilitacyjnym

- 15 zajęć po 50 minut z fizjoterapeutą na turnusie rehabilitacyjnym

- 23 zajęcia po 25 minut z Anetą na turnusie (zajęcia typu: słuchanie, pisanie, plastyczne, z psem, ruchowe)
- 9 wyjść na basen (5 ze START’u, 2 na turnusie w Grodzisku, 2 z TWzK)

- 5 zajęć z biofeedbacku (z FNiSz)
- 3 zajęcia ok. 20 min. metodą Weroniki Sherborne na turnusie

- 3 zajęcia z hipoterapii (na turnusie)

- 3 zajęcia z logopedą z wczesnego wspomagania
- 2 zajęcia z SI z wczesnego wspomagania
- 2 zajęcia z pedagogiem w KTA
- 2 zajęcia z dogoterapii
- 1 zajęcia (30 min) relaksacyjne na turnusie
- 1 zajęcia grupowe z art-terapii w KTA
- 1 zajęcia z pedagogiem z wczesnego wspomagania
- 1 zajęcia z psychologiem z wczesnego wspomagania
- 1 zajęcia konsultacje z logopedą w Warszawie
- 1 kulig (na turnusie)
- 1 filharmonia (z przedszkolem)
- 1 centrum zabaw
- 1 Mikołajki z FNiSz
- 2 imprezy (urodziny koleżanki + wesele ciotki)
- 1 koncert (+ zabawa i ubieranie choinki) na turnusie
+ przedszkole (tylko 6 dni)
- praca w domu (nieliczona)
A z okazji Świąt i przerwy poświątecznej mieliśmy końcówkę roku bardzo miło leniwą, prawie bez zajęć. Odpoczywamy sobie słodko.

Warsztaty – Dogoterapia we wspomaganiu nauki czytania

Fundacja Psi Uśmiech, założona przez naszą dogoterapeutkę Zosię i jej koleżankę Gabrielę, Fundacja, w której to radzie jestem członkiem (khm khm, trzeba czasem się pochwalić, co prawda nie mam czym bo niczego na razie żem nie zrobiła, niemniej dumna jestem z mojego członkostwa), a więc Fundacja organizuje warsztaty „Dogoterapia we wspomaganiu nauki czytania”.
Warsztaty są przeznaczone i dla specjalistów i dla rodziców zainteresowanych dogoterapią. Będą one miały miejsce 15 stycznia w sobotę w sali Kuratorium Oświaty w Białymstoku. Harmonogram warsztatów i karta zgłoszeniowa do pobrania tu:
Harmonogram warsztatów
Formularz zgłoszeniowy
Jeżeli zbierze się grupka chętnych rodziców zainteresowanych dogoterapią to Fundacja pomyśli o kontynuowaniu warsztatów w formie indywidualnych zajęć dogoterapeutycznych z dziećmi. Niewykluczone są też inne zajęcia terapeutyczne (z logopedą, pedagogiem itd). Musimy się zebrać i określić nasze zainteresowania i potrzeby. Kontakt do dogoterapeutek z Fundacji jest w załączonym programie. W razie pytań itd. można też pisać do mnie. Tak, tak, bardzo poproszę o kontakt rodziców z Białegostoku zainteresowanych dogoterapią.

Fajnie nam się pracowało

Przyznaję się – dawno nie pracowałam z Jędrkiem, ponad dwa tygodnie. Bo najpierw Jędrek był na 1,5 tygodniowym turnusie, na którym miał tak intensywną terapię, że jak już nawet byliśmy razem, to nie chciałam mu dorzucać, a potem były Święta. Dopiero wczoraj wróciliśmy, doprowadzaliśmy się i dom do stanu używalności. A dziś wznowiłam naszą wspólną pracę stolikową. Piękne jest to, że gdy mówię: „Jędrek, chodź, popracujemy”, to on bez żadnego protestu ani nawet zachęty przychodzi i siada przy stole. I zazwyczaj całkiem ładnie pracuje. Owszem czasem się irytuje, a nawet trochę muka, jak mu coś nie wychodzi lub gdy coś go męczy, ale daje się dość łatwo udobruchać. Dziś więc powtarzaliśmy artykulację słów, nad którymi wcześniej (od połowy listopada?) pracowaliśmy (na obrazkach „Od obrazka do słowa”) + dorzuciłam do tego więcej pisania na alfabecie i naprawdę nieźle to Jędrkowi szło. Owszem muszę go wspomagać, dotykać jego pleców, zachęcać i wspierać (że dobrze, że obok itd), ale po mojemu wyraźnie widać, że facet wie, jak co się nazywa i jak to zapisać. Mało tego, chyba nie ma problemów z ortografią (przypuszczam, że on te wyrazy pamięta całościowo). Pytałam się go też z ilu liter składa się dany wyraz i pięknie mi samodzielnie podawał kartki z odpowiednią cyfrą. Na koniec, dość już późnym wieczorem postanowiłam mu wprowadzić trochę nowych słów, usiedliśmy do stołu, zaczęliśmy pracować, po czym zorientowałam się, że jednak jest późno i zaproponowałam Jędrkowi, że skończymy jutro, ale on wcale nie chciał kończyć. Odpowiedział mi kartką, że dalej chce pracować. I naprawdę fajnie pracował. Tyle, że na koniec jak się spytałam, czy fajnie mu się z mamą pracowało, to odpowiedział mi kartką, że nie. Hehehe. Nie za bardzo ja jednak wierzę w prawdomówność tych jego wypowiedzi. Swoją drogą fajnie by było byśmy osiągnęli ten poziom, gdy będę widziała, że Jędrek pracuje ze mną z chęcią, że on tego chce. No cóż, pomarzyć można :)

Tancerz

Święta spędziliśmy u teściów w dość dużym gronie osób (11). Jędrkowi było tam dobrze. Widać było, że dobrze się tam czuł. Ja dostrzegałam też, że jest bardziej kontaktowy, jak kiedyś, że garnie się do ludzi (wyciąga do innych ręce; pakuje się dziadkowi sam na kolana itd) i w ogóle nie izolował się zbytnio. Miło było na to patrzeć.
Z Mikołajowych prezentów Jędrek wykazał największe zainteresowanie tubką ze zwykłymi kredkami, bawił się nimi cały czas (3 z 12 zgubił, ale nie szkodzi). Jędruś dostał też m.in. Studnię Jakuba (zestaw 60 drewnianych drążków, z których można układać różności). Jędrek był zafascynowany tą zabawka na zajęciach u pani pedagog (bynajmniej nic z nich nie chciał układać, w czasie przerw manipulował sobie drążkami w rękach). W domu trochę sobie się tym pobawił, po czym rzucił i wrócił do swoich kredek. Zaskoczył mnie, ale z Jędrkiem to już tak jest. Czasem myślimy, że coś będzie dla niego wielkim przebojem, a on nagle okazuje obojętność (bo nie ten moment! Tak było np. z kredkami, którymi usiłowałam go przekupić w szpitalu po narkozie).
Ale najbardziej nas Jędrek zaskoczył w sobotę na weselu swojej ciotki. Jędrkowi się tam szalenie podobało. Był bardzo grzeczny w czasie podróży autobusem (prawie 2 godziny chyba jechaliśmy). Potem usiadł grzecznie za stołem, podjadł sobie tego i owego, po czym ruszył w tany. Do ok. 23 mało co opuszczał parkiet, brykał tam, skakał i bardzo był szczęśliwy. Na koniec nabił sobie guza i po jakimś czasie poszedł spać. Ale zanim poszedł nie mogliśmy się nadziwić, jak mu tam było dobrze. Tańczył po swojemu, głównie sam, nas raczej unikał (gdy się zbliżaliśmy uciekał w drugi kąt) i był bardzo bardzo zadowolony. Miło było na niego patrzeć, tym bardziej, że pięknie wyglądał w garniturku. Jak będę miała zdjęcie, to zamieszczę.

Ostatni turnus w tym roku

Przed Świętami powinno być miło i optymistycznie, ale ja czuję się przede wszystkim … zmęczona. Wczoraj późnym wieczorem wróciliśmy z turnusu w Czarnym Lesie. To był nasz siódmy turnus w tym roku (a właściwie półroczu bo na turnusy zaczęliśmy jeździć w lipcu). W przeciągu pół roku Jędrek spędził 9 i pół tygodnia na turnusach w Czarnym Lesie, czyli ponad dwa miesiące – mniej więcej 1/3 półrocza. Sporo. Czujemy się … zmęczeni. Pytanie, które samoistnie się nasuwa, to czy warto było, czy są efekty. Nauczyłam się cierpliwie czekać na efekty i nie liczyć na łatwo widoczny widowiskowy efekt za każdym razem. Wierzę w mozolną ciężką pracę, w przełamywanie barier. Przyznaję, że bywa to mocno zniechęcające i deprymujące, że miewam dość, że mam chwile zwątpienia, że często nie tryskam optymizmem i wiarą w lepsze jutro. Tak i było np. na tym ostatnim turnusie, a w zasadzie w drugiej jego części. Pierwszy tydzień Andrzej był z Jędrkiem, w weekend zastąpiłam go ja (tym razem Jędrek był na 1,5 tygodniowym turnusie). Gdy przyjechałam Jędrek wydał mi się fajny, kontaktowny, skłonny do współpracy itd. Stąd może moja optymistyczna weekendowa notatka. A jak było później? Na zajęciach u Asi i Szymona – przeważnie ciężko. W poniedziałek tłumaczyłam to sobie tym, że po weekendzie, po przerwie ciężko mu wrócić do pracy. Niestety ani we wtorek ani w środę nie było lepiej. Jędrek się buntował, lamentował itd. A to nie jest metoda, która akceptuje bunty i lamenty, więc skończyło się holdingiem na dwóch zajęciach. Ja oczywiście rozumiem, że tak bywa, ale ciężko mi to było przeżyć. Ciężko, że w trzecim roku pracy Jędrek dalej potrafi się buntować tak, że kończy się to holdingiem. Ciężko jest się cofać.
No i ciężko mi było znieść  to, że Jędrek rozpaczał również na zajęciach u Szymona. Choć wydaje mi się, że rozumiem dlaczego tak było. Szymon postanowił przełamywać jego pewne sensoryczne bariery i lekkie to dla żadnego z nich nie było. Dla mnie też nie, więc postanowiłam w  tym nie uczestniczyć. Choć i tak przez ścianę słyszałam w drugim domku, jak Jędrek muczy (matki mają wyczulony słuch na swoje dzieci) i serce mnie bolało.
Choć to, co przeżyłam na zajęciach, to nie były same ciężkie chwile. Jędruś robił u Asi dość trudne edukacyjnie – językowo zadania  (np. dobieranie odpowiednich przymiotników do zdań i pod względem logicznym i w odpowiednio odmienionej formie, stopniowanie przymiotników, dobieranie odpowiednich czasowników itd) i mimo prostestów robił je nieźle, widać było, że rozumie, co robi. Miałam też moment wzruszenia i retrospekcji, gdy robił zadanie na odległość. Miał wziąć odpowiednią rzecz, zanieść na drugi koniec pokoju i położyć na obrazek przedstawiający tą rzecz. Przypomniałam sobie jak się z tym męczyliśmy w tamtym roku szkolnym, u Asi, w domu. To był horror. A teraz myk myk. Owszem miał pewien problem z wybraniem odpowiedniej rzeczy, ale już zaniesienie i położenie odpowiednio poszło mu idealnie (a przecież to było wcześniej głównym problemem). Czyli jednak się chłopak rozwija, idzie do przodu.
Uświadomiłam to sobie zwłaszcza, gdy rozmawiałam z Andrzejem po turnusie, gdy porównywałam jak było kiedyś, jak jest teraz. Zwerbalizowałam też moje wrażenie po zobaczeniu Jędrka po tygodniowym rozstaniu (wtedy ma się trochę inną perspektywę widzenia). Nie potrafię tego udowodnić, a jednak wrażenie miałam, że Jędrek poszedł do przodu. Nie twierdzę, że w ciągu tygodnia turnusu, to jest zawsze dłuższy proces. Tyle, że to kilkudniowe rozstanie dało mi pewną świeżość widzenia, postrzegania Jędrka, taki mały dystans. Poza tym, już nie opierając się tylko na moich wrażeniach, koleżanka z turnusu, która widziała Jędrka na początku września, stwierdziła, że widać zmianę, że Jędrek jest bardziej kontaktowy, komunikatywny, odpowiada sam z siebie na niektore pytania. Mnie zaskoczył tym, że okazało się, że odpowiada już całkowicie samodzielnie (bez podpowiedzi) na pytanie jak ma na nazwisko.
Ale jedna rzecz mnie zmartwiła. Byłam taka dumna z tego, że Jędruś tak ładnie odpowiada na pytania, mówi „nasz wierszyk”  z moją lekką tylko pomocą. Problem polega jednak na tym, że okazało się, że jak ktoś nie wie, co on ma powiedzieć, to go nie rozumie.  Nie zdawałam sobie z tego sprawy, bo ja wiedziałam co on mówi. Ale dziadkowie nic nie zrozumieli :(  A Piotrek z Andrzejem też niewiele. Jędrek mówi jednak bardzo niewyraźnie. Muszę poprosić Asię by następne turnusy poświęcila na ćwiczenia artykulacji.

Z turnusowych przeżyć, chciałam napisać jeszcze o jednej rzeczy, niebezpośrednio związanej z Jędrkiem. Otoż na turnusie trafiłam na książkę „Poczwarka” Doroty Terakowskiej. Jest to historia rodziny dziewczynki z Zespołem Downa, mocno upośledzonej. Zachwyciła mnie ta książka. Myślę, że powinien ją przeczytać każdy rodzic dziecka niepełnosprawnego. Według mnie ta książka uczy kochać i doceniać każdego człowieka, każde najbardziej głęboko upośledzone dziecko. Ta książka dała mi inne spojrzenie na takie dzieci i przekonanie, że każde z nich zasługuje na miłośc (to wiedziałam od zawsze), ale i na to, by go nie skreślać, by uczuć to dziecko, oferować różne zajęcia. I nieważne, że to dziecko nigdy nie doścignie reszty, że nie nauczy się nawet pewnych podstaw, że nigdy nie osiagnie pułapu samodzielności i względnej „normalności”. Ja wierzę głęboko w to, że w tych dzieciach w środku tkwi dużo więcej, niż się na zewnątrz wydaje i jesli nawet nie potrafimy do tego środka dotrzeć, jeśli to dziecko nie potrafi się wyrazić, to nie powód by traktować te dzieci, jak nic nierozumiejące i nieczujące. Oni rozumieją i czują dużo więcej, niż nam się zdaje. I to my, tzw. zdrowi i normalni jesteśmy ułomni, że nie potrafimy tego dostrzegać i dawać tym ludziom naszego czasu, serca, zainteresowania itd.
Chciałam też publicznie powiedzieć, że jestem pełna podziwu dla Asi Masłowskiej i wcale nie za to, co robi dla mojego osobistego dziecka. Ale dlatego, że wiem, że pracowała i pracuje z takimi dziećmi, z którymi już inni terapeuci pracować nie chcieli, nie potrafili. Mówiąc brutalnie – skreślili ich. Mówiąc ze zrozumieniem – nie potrafili tym dzieciom pomóc. A Aśka pracowała i pracuje z nimi ciężko, naprawdę ciężko (bo to nie jest łatwa praca) i osiąga efekty, mniejsze lub większe, ale są. To co dla jednego jest nieznacznym wynikiem, dla innego jest wielkim sukcesem. Asia, a teraz wraz z nią Szymon i Aneta, przyjmują dzieci niezależnie od wieku i stopnia niepełnosprawności, ciężko z nimi pracują i dają rodzicom nadzieję. Nie, nie obiecują złotych gór i cudu, ale przecież każda poprawa jest dobra i warta zachodu. Dla rodzica – na pewno, każda i w każdym wieku. Mam nadzieję, że Asia i Szymon nie stracą sił i nigdy się nie zamkną dla takich dzieci. Zrozumiałam to po lekturze „Poczwarki”, jak ważne jest to by sie na takie dzieci nie zamykać. I jakie to trudne. Bo przecież łatwiej jest się specjalizować w tych lepiej funkcjonujacych. Efekt pracy widoczny, więcej satyskacji itd. I czasem pewnie trudno nie stracić nadziei, nie zniechęcić się, gdy dziecko „nie idzie”, gdy nie ma widocznych szybkich efektów. Ale Masłowscy są silni i wierzę, że tacy zostaną.

Przed nami Święta. Kompletnie ich nie czuję, więc tym bardziej życze Wam wszystkim, byście poczuli Święta, ich magię i czar. A ja sobie życzę odpoczynku, ale to raczej już po Świętach. Następny tydzień zapowiada nam się cudownie leniwie:)

Horse Boy – opowieść ojca

Jakiś czas temu ukazała się książka o tym właśnie tytule napisana przez
niejakiego Ruperta Isaacson’a znana pod polskim tytułem: „Opowieść
ojca”. Jest to opowieść o wyprawie rodziców z ich autystycznym dzieckiem
do Mongolii, konno przez step i tajgę, w poszukiwaniu cudu uzdrowienia.
Właśnie ją czytam w wolnych chwilach, czyli np. czekając na Jędrka,
kiedy wożę go na zajęcia w Białymstoku lub też na turnusie w Czarnym Lesie. Ostatnio nie było nawet za bardzo kiedy. Wyjazd
ten zdominowało bieganie z szufelką i zmiotką za synem i sprzątanie po
nim wszechobecnych okruchów pożywienia, po biszkoptach, chlebie
tostowym, płatkach etc. Cóż, jest to cena jaką płaci się za
usamodzielnianie syna, bo w sumie, jak większość rodziców przyzwyczajamy
się, że pewne rzeczy robimy za dziecko, karmimy je, sprzątamy porozwalane zabawki albo mu ustawicznie pomagamy w
tym i owym. Niekiedy jednak męskie lenistwo i zmysł praktyczny bierze górę
i mówi się: „Synu, chodź no, założę Ci wczorajszą przybrudzoną już koszulkę
żebyś nie wysmarował mi obiadem tej czystej nałożonej rano i wcinaj jedzenie sam (najlepiej
łyżką, ale nie będę się czepiał jeśli czasem pomożesz sobie ręką, albo
też wypijesz resztę pomidorówki przystawiając talerzyk wprost do ust).
Radź sobie”. Było nieźle, a to co się porozwalało ojciec cierpliwie
posprzątał po młodym. Większy jednak sukces pedagogiczny był związany z
nakładaniem czapki. Zawsze, prawie że z automatu, ubierając Jędrka
wkładałem mu zimową czapkę bo wydawało mi się ze sobie z tym sam nie
poradzi. Poprzedniej zimy jeszcze tak było, ale dzieci rosną i nawet
autiki stają się coraz bardziej sprawne. Ostatnio więc młody chwycił
czapkę w obie dłonie, nasunął na głowę tak mniej więcej do ust, że tylko
mu podbródek spod czapki wystawał, po czym skorygował głębokość „zaczapkowania” na
prawidłową. To taka całkiem niemała dygresja do tego, że dzieci się
zmieniają i tylko trzeba dać im szansę by mogły to pokazać.

A wracając do tytułu tej notatki i jej meritum to chciałem opowiedzieć Wam, że syn
nasz zaprzyjaźnił się z końmi. Ba, jak na niego to rzekłbym nawet,
spoufalił się. W poniedziałek, gdy pod wieczór mróz dawał się już we
znaki a my wybraliśmy się na koniki, okazało się, że najcieplejszym
miejscem w ujeżdżalni są boksy ze stojącymi w nich zwierzakami. No i Jędrek, któremu poczekanie
spokojnie paru minut na cokolwiek to prawie cała wieczność, zaczął po swojemu się kręcić i
podskakiwać (być może też w jakiś sposób próbując się rozgrzać), po
czym niespodziewanie podszedł do przygotowywanego właśnie do jazdy konia
i rozczulająco objął jego pysk swymi dłońmi przyciskając swe policzki
do jego chrap. Potem pogłaskał go jeszcze po szyi, co jeszcze parę
miesięcy temu robił tylko wtedy, gdy trochę na siłę zbliżyło się jego
rękę do konia, a następnie próbował sam dosiąść swego rumaka
chwytając się derki i za nią ciągnąc. Myślałem, że ta nowa przyjaźń z
końmi to może jednorazowy incydent, ale następnego dnia, w południe, gdy
do tej samej stadniny przyjechaliśmy na zorganizowany w tym dniu kulig,
to Jędrek jak tylko wysiadł z samochodu od razu ruszył w kierunku
ujeżdżalni nie zwracając całkiem uwagi na resztę osób. A po paru
minutach kiedy wczepiano do zaprzęgu konie też do nich podszedł i
pogłaskał je po szyi i przednich nogach. Cały kulig był miły i
sympatyczny i choć mróz dawał się nam ostro we znaki to dzieci były
dzielne i dopiero pod sam koniec, już przy powrocie rozpoczęły się
nieliczne, małe protesty i bunty. Kolejny etap w ujarzmianiu koni
dokonał się w czwartek przy ponownej wizycie w stadninie. Na koniec
przejażdżki nasz „horse boy” odważył się dać swemu konikowi w ramach
podziękowania ćwiartkę jabłka z otwartej dłoni wprost do jego pyska. I
żeby to było jego ostatnie słowo. A skądże. W kolejny poniedziałek, przy
ponownym spotkaniu z końmi (co wiem już z opowiadania żony) Jędrek miał
możliwość nie tylko jak zazwyczaj pojeżdżenia stepem, ale też lekkim
kłusem i bardzo mu się to podobało. Nie wiem do końca jak do tego
przekonał swego konika bo cichutkie: „Wio!” które czasem ćwiczymy,
raczej na koniach nie robi wrażenia. Myślę więc, że to już szybciej dzięki
temu, że Jędrek jak jest zadowolony to trochę bodzie konia piętami w podbrzusze, co odpowiada wciskaniu pedału gazu w samochodzie.
A czy zrobił to świadomie, czy bardziej by się rozgrzać z powodu ujemnych temperatur tego już nie wiem. Jak to mawiają Rosjanie: поживем – увидим.

A na koniec notatki parę fotek z kuligu:

Weekendowa przerwa

W weekend po pierwszym tygodniu turnusu – czas na odpoczynek. Wczoraj pojechaliśmy do znajomych do Warszawy. Jędrek był u nich kilkakrotnie, miejsce dobrze zna i lubi. Bardzo często pakuje się do ich łóżka, tam najwyraźniej czuje się bezpiecznie. Ale wczoraj nie przesiedział całej wizyty w owym łóżku, przychodził do nas często. Zjadł porządną porcję (a raczej dwie) zupy burakowej, a na moje pytanie, czy lubi tu przyjeżdżać, sam samiuteńki bez żadnej mojej podpowiedzi czy sugestii odpowiedział uśmiechając się TA..K.

A dziś wymyśliłam dla Jędrka dwuwersowy wierszyk i Jędrek się go bardzo szybko nauczył. Powiedziałam go z nim wolno raz, potem uzupełnił tekst brakującymi wyrazami. A po jakimś czasie, gdy chciałam z Jędrkiem powtórzyć wierszyk, to sam zaczął: SIE… Można powiedzieć, że to pierwszy Jędrka wiersz na pamięć:) Prawie. Ja co prawda jestem przekonana, że on go ma w głowie i pamięci, ale sam bez podpowiedzi go nie odtworzy, choć nadspodziewanie dobrze mu to idzie mówienie wespół w zespół.

Trzeci rok terapii

Trzeci rok terapii był bardzo obfity w zajęcia.
Przede wszystkim kontynuowaliśmy naszą główną terapię metodą
Wianeckiej, Metodą Krakowską u Asi w Warszawie. Przez cały rok od
września do maja jeździliśmy regularnie do Warszawy w piątki,
przeważnie na 2 zajęcia po 1,5 h. Niektóre piątki nam wypadały,
ale bywało, że jeździliśmy i dwa razy w tygodniu. Nie było łatwo
spędzać po 6 godzin w samochodzie, ale zawsze uważaliśmy, że było
warto. Asia ćwiczyła z Jędrkiem głównie artykulację. W moich
zeszytach z zajęć widzę informacje: wrzesień: powtarzanie
prostych wyrazów (waga, lata, kawa itd) sylabami, z podpowiedzią
mimiczną, niektóre głoski robione manualnie. Potem doszły
zmiękczenia (bia, mia, niu itd), głoski h, s, z. Na wiosnę 2010
ćwiczył zbitki spółgłosek, wyrazy typ: zmywa, śpiewa, konewka,
tablica. W czerwcu mieliśmy przerwę, gdyż Asia zmieniła sobie
organizację pracy. Od lipca 2010 prowadzi wraz z mężem turnusy
rehabilitacyjno-edukacyjne w Czarnym Lesie. Latem w wakacje
spędziliśmy z Jędrkiem 3 i pół tygodnia na tych turnusach.
Jędrek z Asią zaczął czytać na głos proste teksty, odpowiadać
na pytania do tekstów, układać zdania z wyrazów. Znacznie poszedł
do przodu w samodzielnym wykonywaniu różnych zdań
edukacyjno-językowych. Wprowadziliśmy ćwiczenia słuchowe,
zaczęliśmy nagrywać materiał na dyktafon i słuchać go przez
słuchawki. To co udało się osiągnąć przez ten rok: całkowicie
samodzielne powtarzanie wyrazów, pierwsze czytanie na głos
(momentami samodzielne), lepsza współpraca przy wykonywaniu zadań
edukacyjnych, samodzielne ich wykonywanie u Asi. Wyraźnie też
widziałam dużą motywację Jędrka do artykulacji.

W czasie tego roku byliśmy na 3 konsultacjach-zajęciach u pani Eli
Wianeckiej, wytyczała nam nowe ścieżki, dawała nowe pomysły i
propozycje pracy. Traktowałam to raczej jako podpowiedzi dla naszej
terapeutki i dopiero ostatnio odważyłam się z panią Elą
normalnie rozmawiać, mówić o moich wątpliwościach,
spostrzeżeniach itd. Wcześniej traktowałam ją raczej jako guru,
którego się słucha, ale z którym się nie dyskutuje. Chyba
niesłusznie bo pani Ela wydaje mi osobą otwartą na dyskusje i
spostrzeżenia rodzica. To, co w niej lubię, to to, że ona się
zastanawia, szuka ścieżek, a nie ma jeden schemat (choć oczywiście
swoje zdanie i pewien styl pracy ma).
Chciałam dodać jeszcze, że w naszej warszawsko-krakowskiej pracy doszły nowe
elementy, formy terapii, w związku z udziałem w turnusach. Przede
wszystkim w wakacje mieliśmy zajęcia z Szymonem, fizjoterapeutą.
Były to głównie masaże logopedyczne i inne formy terapii
wspomagające rozwój psycho-fizyczny.

Oprócz terapii wyjazdowej, kontynuowaliśmy również terapię w
Białymstoku. „Dać szansę” początkowo zaproponowało nam
kilka zajęć z pedagogiem i psychologiem po czym dość szybko się z
tego wycofało. Okazało się, że od nowego roku całkowicie
zrezygnowali z terapii dzieci autystycznych. Także z żalem
pożegnaliśmy się z naszą pierwszą terapeutką, panią Asią z
„Dać Szansę” i z panią psycholog Marzenną, której zajęcia, jak
miałam nadzieję miały szansę wnieść coś nowego i ważnego dla
naszej terapii. Z panią Marzenną się całkowicie na szczęście
nie pożegnaliśmy. W czerwcu spotkaliśmy się z nią kilka razy
celem przeprowadzenia kolejnego co rocznego badania psychologicznego.
W tym badaniu można przeczytać rzeczy, które mnie martwią, ale i
takie które cieszą.
Przez cały rok kontynuowaliśmy terapię w KTA. Otrzymaliśmy 21 godzin (z
czego 20 dofinansowywanych, czyli jakieś jedne zajęcia na 2
tygodnie) terapii indywidualnej z panią Ulą od integracji
sensorycznej i byliśmy z tych zajęć bardzo zadowoleni. Żałuję,
że dopiero w trzecim roku daliśmy Jędrkowi takie przyjemne dla
niego zajęcia. W KTA mieliśmy też prawie przez cały rok zajęcia
grupowe metodą Weroniki Sherborne (załapaliśmy się na kolejne
dwie serie). Był to nasz drugi rok z Weroniką i widzieliśmy
wyraźny postęp w Jędrka zachowaniu na zajęciach, w jego
uczestnictwie. Wiosną 2010 zaczęliśmy też chodzić na grupowe
zajęcia plastyczno-ruchowe, zwane przez nas art-terapią. Na tych
zajęciach było trudniej, Jędrek był tam z tych gorzej
funkcjonujących autystów, niemówiących, drewnianych manualnie,
ale my się tak łatwo nie zniechęcamy i korzystaliśmy, na ile się
dało.
We wrześniu włączyliśmy również do naszej terapii zajęcia z
wczesnego wspomagania, realizowane przez panie ze szkoły specjalnej
na Rzemieślniczej: logopedę panią Beatą, panią Gosię od
integracji SI i panią Kamilę – psychologa. Byliśmy zachwyceni. Po
pierwsze tym, że nasz syn bardzo polubił to miejsce i szedł na
zajęcia zawsze chętnie i w podskokach. Złapał też bardzo dobry
kontakt emocjonalny z paniami (lub też panie z nim). Zaczynaliśmy
od 5 godzin miesięcznie, potem szybko mieliśmy 8 a potem jeszcze
dokupywaliśmy czasem więcej. Trudno mi mówić o efektach tej pracy,
to były raczej „lajtowe” zajęcia. To, na co stawiałam w
nich, to na łapanie kontaktu, na to by Jędrek polubił jakieś
zajęcia, by się poddawał terapeucie, choć przy prostych zadaniach
i myślę, że to udało się osiągnąć. Myślę,
że to był pewien sukces. Jędrek w ubiegłym roku przekonał się,
że są miejsca, są zajęcia, które on lubi, gdzie jest mu dobrze i
gdzie się nie buntuje (prawie!).
W
ubiegłym roku dołączyliśmy Jędrkowi regularne miłe zajęcia –
basen. Na początku ze stowarzyszenia START, potem doszły wyjścia
na basen z Towarzystwa Walki z Kalectwem i wyjścia na basen w Hotelu
Gołębiewskim (sponsorowane przez osobę prywatną). Zaczynaliśmy
od 3 wyjść tygodniowo we wrześniu, ale z czasem zwiększaliśmy i
bywały tygodnie, że byliśmy nawet 6 razy w tygodniu na basenie.
160 wyjść w ciągu roku. Jędrek był z wodą oswojony, ale nie
oczekiwaliśmy, że już po miesiącu częstszego chodzenia na basen
będzie samodzielnie pływał. No i nie myśleliśmy, że basen
będzie aż tak bardzo trafioną formą zajęć dla Jędrka. A
okazało się, że z niego jest mała foka (albo duża rybka;)
Jesienią
2009 kończyliśmy nasz pierwszy sezon z końmi w Kresie (z
Towarzystwa Walki z Kalectwem), co kontynuowaliśmy potem wiosną
2010 w Kresie i latem z Fundacją Nadzieja i Szansa, gdzie Jędrek
miał naprawdę fantastyczne zajęcia z hipoterapii.
Z
Fundacji Nadzieja i Szansa mieliśmy latem nie tylko zajęcia z
hipoterapii, ale również kilkanaście godzin z pedagogiem, panią
Asią (mamy wyraźne szczęście do terapeutek o tym imieniu) i z biofeedbacku.
Udało się nam zrobić Jędrkowi nawet EEG, co było
dla nas ogromnym wyzwaniem i co zostanie w naszych wspomnieniach na
długo. To, że udało się nie tylko zrobić EEG, ale prowadzić z
Jędrkiem zajęcia z biofeedbacku było dla nas kolejnym ważnym
krokiem do przodu.
W
lutym 2010 rozpoczęliśmy z Jędrkiem regularne zajęcia z
dogoterapii z Zosią. Nie było łatwo. Teoretycznie nie było źle,
Jędrek nie buntował się na tych zajęciach widowiskowo, choć raczej
marnie współpracował. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że dla
niego te zajęcia też były ciężką barierą do pokonania. Ale
warto było. Widzę to teraz.
Z
istotnych zajęć to tyle. Próbowaliśmy jeszcze mieć zajęcia z
kinezjoterapii w Ośrodku Amicus Fundacji Dzieciom” Zdążyć z
Pomocą”, ale niestety udało nam się dostać tylko na dwa
(próbowaliśmy je dopasować do naszych warszawskich wyjazdów, co
łatwe nie było, więc musieliśmy z tego pomysłu zrezygnować).
Przez
cały rok Jędrek chodził też do przedszkola i bardzo dobrze
wspominam ten rok. Współpraca z panią Agnieszką układała się
dobrze. Jędruś kontynuował w przedszkolu chodzenie na zajęcia z
gimnastyki korekcyjnej. Był też pięciokrotnie z przedszkolem w
filharmonii, co bardzo lubi.
My
też staraliśmy się brać go w różne miejsca: do teatru
(„Żołnierzyk” w Białostockim Teatrze Lalek, wyjście we czworo,
„Królewna na szczudłach” – Teatr Arkadia
przedstawienie połączone z zabawami, również we czworo) i „Ogród
tysiąca piwonii” w Domu Kultury Zachęta), do kina (był aż 10 razy w ciągu roku, w
dużym stopniu dzięki biletom od mojej siostry!).  Byliśmy w cyrku, był
na kilku choinkach, piknikach, kilka razy w centrum zabaw (choć ostatnio
doszłam do wniosku, że już z tej atrakcji moi chłopcy wyrośli).
Generalnie
położyliśmy duży nacisk na to, by Jędrek w tym roku miał nie
tylko ciężką pracę, ale również miłe, atrakcyjne i przyjemne
dla niego zajęcia. Ważne też dla nas były wakacyjne rodzinne
wyjazdy nad morze i nad jeziora.
Przez
cały rok kontynuowałam też moją pracę w domu z Jędrkiem,
aczkolwiek znacznie ją zmodyfikowałam. Przede wszystkim
postanowiłam nie pracować wbrew sobie i w miarę możliwości nie
wbrew Jędrkowi. Odpuszczałam sobie, gdy nie byłam w formie, gdy
Jędrek był mocno nie w formie, gdy byliśmy zmęczeni. Siłą rzeczy
pracowaliśmy rzadziej, niż w poprzednich latach (średnio pewnie co
drugi a czasem i trzeci dzień). Ale też nie wiem, czy w zamian
jakość naszej pracy nie była dużo lepsza ponieważ generalnie
byłam z naszej pracy zadowolona. Udało mi się osiągnąć to, że
Jędrek pracował ze mną dość chętnie. Latem 2010 dostrzegłam
znaczny postęp w samodzielnym wykonywaniu zadań, bez wspomagania. I
znaczne postępy artykulacyjne.
Myślę,
że to był dobry rok, terapeutycznie i rodzinnie. Wprowadziliśmy
Jędrkowi wiele nowych form terapii, zajęć. Jędrek poszedł do
przodu w różnych dziedzinach. Więc kontynuujemy …

Podsumowanie zajęć Jędrka w roku szkolnym 2009/2010 w liczbach

Zbieram się w sobie, żeby opisać nasz trzeci rok terapii. Pisałam o tym
dość szczegółowo na blogu, ale warto by było to jakoś streścić.
A ponieważ w ubiegłym roku notowałam w kalendarzu, kiedy mieliśmy
jakie zajęcia mogę to nawet zebrać i podsumować liczbami. Na
początek tak będzie najprościej.
A więc w roku szkolnym 2009/2010
(bo lata terapii pokrywają nam się z rokiem szkolnym) mieliśmy:

- 160 wyjść na basen:

  • 134 ze START’u
  • 9 z TWzK
  • 9 w Gołębiewskim
  • 7 w Grodzisku na turnusie
  • 1 termy Mszczonów

- 110 zajęć (147h pracy) Metodą Krakowską i Manualnego Torowania Głosek :

  • 103 zajęcia (136 h pracy; 32 wyjazdy do Warszawy w tym 2 dwudniowe i 3 wyjazdy na turnusy do Czarnego Lasu) z Asią Masłowską 
  • 7 zajęć (11 h pracy, 3 wyjazdy do Krakowa) z panią Elżbietą Wianecką

- 52 zajęć z SI:

  • 31 zajęć (po 45 min) z Si z wczesnego wspomagania
  • 21 zajęć (po 1h) z SI w KTA

- 40 zajęć (po 30 min) z hipoterapii:

  • 29 z TWzK
  • 9 z FNiSz
  • 2 na turnusach

- 37 zajęć (po 1h) z fizjoterapeutą na turnusach

- 33 zajęcia metodą Weroniki Sherborne

  • 25 (13 po 1h + 12 po 45 min) w KTA
  • 8 (po 30min) na turnusach

- 32 zajęcia (po 45min) z logopedą z wczesnego wspomagania

- 22 zajęcia z psychologiem

  • 15 zajęć (po 45min) z psychologiem z wczesnego wspomagania
  • 7 spotkań z psychologiem w Dać Szansę (w tym – badanie psychologiczne)

- 18 zajęć (po 1h) z dogoterapii

- 13 zajęć (po 45 min) z art-terapii w KTA

- 8 zajęć z pedagogiem:

  • 5 zajęć (po 1,5 h) z z pedagogiem z FNiSz
  • 3 zajęcia (po 45 min) z pedagogiem w Dać Szansę

- 6 zajęć (po 45 min) z biofeedbacku + 1 badanie z FNiSz

- 2 zajęcia (po 30 min) z kinezjoterapii w Amicusie

- 1 badanie logopedyczne i 1 psychologiczne z FNiSz

- 31 różnego rodzaju wyjść:

  • 10 kino
  • 5 centrum zabaw
  • 5 filharmonia (z przedszkolem)
  • 3 choinka
  • 3 teatr
  • 2 piknik
  • 2 zajęcia otwarte lub imprezy w przedszkolu
  • 1 cyrk

W sumie: 567 różnych zajęć, średnio 47 miesięcznie (czyli 1-2
zajęcia dziennie). Nie licząc przedszkola (które Jędrek bardzo
rzadko opuszczał), korekcyjnej w przedszkolu (2 razy w tygodniu po
30 min) i pracy w domu (10 -15 razy w miesiącu, czyli ok.150
„zajęć”).

Nasza praca patrząc na liczby to było głównie:
praca Metodą Krakowską
basen i
praca w domu
Ale myślę, że inne formy terapii nie były też bez znaczenia (SI,
pedagodzy, psycholodzy, hipoterapia, dogoterapia, fizjoterapia,
zajęcia grupowe metodą Weroniki Sherborne, art-terapia itd).

Jędrek pracował z kilkunastoma terapeutami, w różnych ośrodkach, przede
wszystkim:

  • „Pierwsze słowo” Asi Masłowskiej – 157 zajęć (w tym 3,5 tygodnia na
    turnusach w Czarnym Lesie): 103 zajęcia pedagogiczno-logopedyczne z Asią, 37 zajęć z fizjoterapii z Szymonem, 8 Weronika, 7 basen, 2
    hipoterapia
  • START – 134 zajęć na basenie
  • wczesne wspomaganie na Rzemieślniczej – 78 zajęć: 32 z logopedą (panią
    Beatą), 31 z SI (z panią Gosią), 15 z psychologiem (z panią
    Kamilą)
  • KTA – 59 zajęć: 25 zajęć grupowych metodą Weroniki, 21 z SI (z
    panią Ulą), 13 art-terapii
  • Towarzystwo Walki z Kalectwem – 38 zajęć: 29 hipoterapia, 9 basen
  • Fundacja Nadzieja i Szansa – 20 zajęć: 9 zajęć z hipoterapii (z panią
    Agnieszką), 6 z biofeedbacku, 5 z pedagogiem (z kolejną panią
    Asią) + 3 badania (logopedyczne, psychologiczne, do biofeedbacku)
  • dogoterapia z Zosią – 17 zajęć
  • Dać Szansę – 10 zajęć: 7 z psychologiem (panią Marzenną), 3 z
    pedagogiem (panią Asią)

Kurcze, ja to powinnam była zostać księgową albo Głównym Statystą
Kraju;)

PS. A zapomniałam dodać, że w wakacje byliśmy jeszcze tydzień nad jeziorami i tydzień nad morzem. I to było najlepsza terapia:) Codziennie kąpiele w morzu / jeziorze i rowery.

Mama obserwuje na zajęciach

Lubię być na zajęciach z Jędrkiem, patrzeć co robi, jak reaguje. Kiedyś bywało to bardzo stresujące bo i jego zachowanie takie było. Chcąc nie chcąc przeżywałam Jędrka bunt, złe zachowanie na zajęciach itd. Jakbym brała odpowiedzialnośc za jego zachowanie i było mi głupio przed terapeutą. Potem się nauczyłam rozumieć i przyjmować zachowania Jędrka, jakie by one nie były. Owszem, smucą mnie one czasami, ale nie czuję się już głupio, nie wstydzę się, gdy Jędrek źle się zachowuje. Obserwuję i czasem doskonale rozumiem (lub mi się wydaje) dlaczego w danym momencie Jędrek się np. zezłości, albo zachowuje tak lub inaczej. No i fajnie jest być na zajęciach, bo wtedy wiem, co się dzieje, uczestniczę w tym, choć staram się tylko obserwować, nie interweniować. Cieszę się, gdy coś wychodzi, gdy widzę małe kroczki do przodu. A Jędrek na zajęciach zachowuje się o niebo lepiej jak kiedyś. Więc serce roście.
Nie zawsze mogę być na zajęciach, z różnych względów. W tamtym tygodniu byłam jednak na zajęciach z panią pedagog z wczesnego wspomagania. I miło mi było popatrzeć, porozmawiać z panią. Pani Marta się Jędrka uczy, a okazji nie ma wiele, bo zajecia mamy tylko raz w miesiącu. Podobało mi się, że stara się być elastyczna i nie pracuje z Jędrkiem na punkty co się według nas nie sprawdza w przypadku Jędrka. Podobało mi się, że chciała mnie słuchać i próbowała wykorzystać to, co mówiłam o Jędrku. Podobało mi się, jak bawiła się z Jędrkiem klockami. Budowali wspólnie wieżę i odniosłam wrażenie, że Jędrkowi się to nawet podoba, że była w tym pewna lekkość, namiastka zabawy, a nie tylko wykonywanie zadania.
Mimo tego, że czasem odnoszę wrażenie, że terapeuci w Białymstoku stawiają Jędrkowi nisko poprzeczkę, za bardzo nie wierzą w jego możliwości i dają mi ciągle te same zadania, to dobrze, że Jędrek ma te zajęcia. Z różnymi terapeutami. Każdy coś wnosi.

Jędrek pracuje z mamą

Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Nagrałam wczoraj i dziś moją pracę w domu z Jędrkiem. Po trzech latach terapii Metodą Krakowską i metodą Wianeckiej wygląda to tak. Nagrania nie są starannie wyselekcjonowane, przycinane wycinane. Tak to wygląda na codzień. Jędrek się czasem złości (nawet z krzesła mu się zdarzyło spaść na którymś nagraniu), ale ja generalnie jestem zadowolona. Zastrzegam sobie prawo do błędów i niedoskonałości. Jestem tylko rodzicem, nie terapeutą. Pracuję z Jędrkiem, jak potrafię i te nagrania nie są żadnym wzorem.

Najpierw ćwiczenia na artykulację. Samo powtarzanie słów, nad których artykulacją ostatnio ćwiczyliśmy.
Próby samodzielnego odpowiadania – nazywania tego, co jest na obrazkach (zazwyczaj jednak wspomagane moim ruchem warg lub podszeptywaniem dźwięków). Zamieszczamy tu tyle nagrań raczej dla nas, ku pamięci, by móc za jakiś czas porównać, niż dla innych, których to może znudzić.

Teraz wprowadzanie nowego słownictwa (tak do końca to ono nie jest nowe oczywiście, ale ostatnio nie ćwiczyliśmy artykulacji tych słów.)

Czytanie – dokładanie napisów (na tym nagraniu Jędrek spadł z krzesła :)
Pisanie na alfabecie (ze wspomaganiem dotykowym przez trącanie w plecy):
A takie tam zalążki naszej komunikacji:

Strzyżenie barana

Kilka dni temu obcinaliśmy Jędrkowi włosy. Andrzej strzygł go maszynką. Jędrek zaczął protestować. Okazało się, że dlatego, że poleciały mu włosy na twarz, w oczy i najnormalniej w świecie bardzo mu to przeszkadzało. Gdy się zorientowaliśmy i gdy oczyściliśmy mu twarz, pozwolił dokończyć strzyżenie bez protestów, wręcz z uśmiechem na ustach. A to nowość :)

Restauracjo-terapia

A gdzieś mi w ferworze zajęć i obowiązków umknęła ta notatka. Dziś mi się przypomniało i postanowiłam zanotować.  Dwa tygodnie temu po turnusie, nasi warszawscy znajomi zaprosili nas do restauracji na sushi. Mieliśmy pewne obawy, jak Jędrek się zachowa (zazwyczaj jest grzeczny w takich miejscach, no ale co będzie jeśli nie dostanie tam nic do jedzenia, co mu się spodoba?). Postanowiliśmy jednak spróbować. Jędrek po pierwsze zarekwirował wszystkie pałeczki ze stolika i miał z nimi świetną zabawę. A my mogliśmy spokojnie siedzieć i rozmawiać. Dziecko było super grzeczne. Potem przyniesiono jakąś surówkę z kiełków czy czegoś tam w tym stylu i Jędrek zjadł jej 3 porcję. Potem dogryzł sałatką z warzyw (sałata, rzodkiewka, zjadł wsio oprócz tego co ludzie zazwyczaj lubią czyli pomidorów i ogórków). Sushi jeść nie chciał, wziął do buzi, ale mu nie pasowało. Nam za to bardzo (bo dla nas to był też pierwszy raz :) Niemniej byliśmy z syna dumni i po raz kolejny wyszło na to, że restauracjo-terapia to forma terapii, która Jędrkowi bardzo pasuje.

Jędrek liczy kości

A dziś na dogoterapii Jędrek nas zaskoczył. Co prawda swoim zwyczajem okupował kanapę i śmieliśmy się, że tak naprawdę to on nie przyjeżdża do Zosi na dogoterapię tylko na kanapoterapię, ale naprawdę przez godzinę fajnie funkcjonował. Żadnego złoszczenia się, pełna pogoda ducha, dużo współpracował, powtarzał, odpowiadał na nasze pytania (z moja pomocą, choć czasem nieznaczną). Głaskał i tarmosił z lekka psa nogą (oczywiście, gdy udawaliśmy, że nie widzimy tego). Było fajnie. I zjadł banana! I poprosił o jeszcze. A została jeszcze tylko pomarańcza i na pytanie Zosi, czy chce pomarańczę, odpowiedział: BA-NA-NA. Zosia z Andrzejem twierdzą, że to była świadoma odpowiedź. Pomarańczy Jędrek jeść nie chciał, karmił nią nas i Wenę (psa), przy czym miał świetną zabawę, najwyraźniej się droczył ze mną i zamiast karmić mamę, jak go prosiłam, karmił Wenę. Być może robił to z przyzwyczajenia (zazwyczaj karmi tam Wenę, a nie mamę), ale przy tym tak się zaśmiewał i miał taki szelmowski uśmiech, że być może robił to świadomie.
A już hitem programu było, jak liczył kości na pasku. Od 1 do 9. Prawie sam samiuteńki NA GŁOS, przy czym ja mu naprawdę tylko z rzadka ciut cichuteńko podpowiadałem (nie przy każdej liczbie). Normalnie oniemieliśmy wszyscy z wrażenia.
To, że on umie liczyć do 9 (i nie tylko), nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, ale żeby tak sam na głos…
Nie chcę przechwalić i zapeszyć, ale wygląda na to, że Jędrek i na dogoterapię chodzi już z zadowoleniem i przyjemnością. A początki nie były łatwe.

Jędrek, wierzę w Ciebie, synu!

Z powodu ciężkich warunków pogodowych i nie tylko część zajęć nam wypada, jest odwoływana albo przesuwana. Może to i dobrze, bo ja jakaś zmęczona już tym wszystkim jestem. Dziękuję Monice J. za obszerny i konkretny komentarz. Wstyd się przyznać, ale ja nie mam na to siły. Nie mam siły zabierać się za coś nowego. Może kiedyś…?
Wczoraj byłam z Jędrkiem na zajęciach u pani logopedy z wczesnego wspomagania. Z różnych względów rzadko mam okazję oglądać te zajęcia. Zajęcia są fajne, ale… „Odkryłam” i zwerbalizowałyśmy z panią Beatą pewną myśl. Jędrek nie generalizuje, nie przenosi swoich umiejętności i zachowań na wszystkie sytuacje i zajęcia. Tzn. to, że ze mną powtarza słowa nie znaczy, że robi je z innymi. Trzeba go umieć podejść, umieć to z niego wyciągnąć, wyegzekwować. Martwi mnie to bo widzę, jak mało terapeuci białostoccy są w stanie z Jędrka wyciągnąć. A on bynajmniej nie z tych, co się będzie wyrywał. Wręcz odwrotnie, terapeuta musi sobie wywalczyć to, by Jędrek z nim robił pewne rzeczy. Zamierzam trochę się ponagrywać, jak pracuję z Jędrkiem, by móc pokazać, że Jędrek jednak to i owo potrafi. Nie to, że chcę coś komuś udowadniać, ale mam wrażenie, że obraz Jędrka w oczach naszych terapeutów jest niepełny, że go pod pewnymi względami nie doceniają. Jak to autysta, bardzo z niego skryty ludek, niełatwo w nim odkryć, co w nim siedzi, wyciągnąć to z niego. I nasza w tym sztuka to zauważać, odkryć i wykorzystywać. To jest facet z bardzo dużymi ograniczeniami różnego rodzaju, ale też i dużym potencjałem i ja się nie godzę na to, by go traktować, jakby on niewiele co rozumiał i potrafił. Upiorna ze mnie mamuśka? Nie, ja po prostu wierzę w moje dziecko. Choć bywają chwilę, że wątpię. Wątpię w sens i skuteczność tylu zajęć i terapii. Wątpię w to, czy to przyniesie jakiś sensowny efekt. Czasem mam tego wszystkiego dość. Ja się nie czepiam terapeutów, dostrzegam ich dobrą robotę, doceniam itd, ale widzę też, że to wszystko nie wystarcza, że to tak mało, że nawet nie wiem, czy tędy droga.
Nic to. Już wkrótce Święta. Może odpoczniemy.

Plan zajęć Jędrka w listopadzie

W listopadzie Jędrek był przez dwa tygodnie na turnusie rehabilitacyjnym. Na turnusie i w Białymstoku w sumie miał:

- 20 zajęć po 50 minut Metodą Krakowską z Asią na turnusie rehabilitacyjnym

- 20 zajęć po 50 minut z fizjoterapeutą na turnusie rehabilitacyjnym

- 32 zajęcia po 25 minut z Anetą na turnusie (zajęcia typu: słuchanie, pisanie, plastyczne, z psem, ruchowe)
- 4 zajęcia ok. 20 min. metodą Weroniki Sherborne na turnusie

- 4 zajęcia z hipoterapii (na turnusie)

- 13 wyjść na basen (6 ze START’u, 3 na turnusie w Grodzisku, 4 z TWzK)

- 6 zajęć z biofeedbacku (z FNiSz)
- 2 zajęcia z pedagogiem w KTA
- 2 zajęcia grupowe z art-terapii w KTA
- 2 zajęcia z logopedą z wczesnego wspomagania
- 3 zajęcia z SI z wczesnego wspomagania
- 1 zajęcia z pedagogiem z wczesnego wspomagania
- 1 zajęcia z psychologiem z wczesnego wspomagania
- 1 zajęcia z dogoterapii
- 1 zajęcia konsultacje z logopedą w Warszawie
- 1 spotkanie z panią i przyszłą szkołą na Poleskiej
+ przedszkole (tylko 10 dni).
- 5 zajęć z gimnastyki korekcyjnej w przedszkolu
- praca w domu (nieliczona)
I do tego jeszcze pobieranie krwi i leczenie zębów pod narkozą.
Kilka zajęć nam odwołano albo przełożono. Może to i lepiej.